szczęście – czy istnieje naprawdę?

Kochani,

 Co powoduje, że jesteście szczęśliwi?

Niektórym do szczęścia potrzebna jest stabilność materialna, przyjaciel od serca albo posiadanie idealnej rodziny.

Powierzchowny pomiar szczęśliwości?

Może dla tych, którzy nie osiągnęli żadnej z tych rzeczy. A kiedy już coś posiadamy, chcemy więcej i to co miało nam przynieść szczęście, już nie wystarcza. Do szczęścia cały czas dążymy; zawsze chcemy być szczęśliwsi niż jesteśmy…

Moim zdaniem na szczęście składa się milion małych drobinek naszego życia, które w całości tworzą „nasze własnw szczęście”. Niezmierzalne. Czasem emocje są szczęściem; gdy wydarzy się coś wspaniałego, ważna zmiana w życiu, kiedy osiągamy cel, do którego tak długo dążyliśmy.

Trzeba doceniać te piękne chwile, bo to one tworzą to do czego dążymy – szczęście.

Zlepek małych drobinek naszego życia, uczucia, chwile….

Czy kiedykolwiek powiesz”JUŻ JESTEM SZCZĘŚLIWY”?

Pozytywne myślenie, małe przyjemności, piękno dnia codziennego. Doceńmy to, będziemy szczęśliwsi, przynajmniej na tyle na ile osiągnięcie tego stanu jest możliwe.

Czasem myślę, że potrafie doceniać życie, to co mnie na co dzień spotyka, przez innych nie zauważane dla mnie jest czymś pięknym i niezapomnianym. Na każdym kroku może się to zdarzyć. Spróbujmy to dostrzec.

Co ostatnio spowodowało u mnie ogromną radość, poczucie szczęścia?

Mnie taką radość sprawił spacer po lesie, albo pierwsze spotkanie z Khalissi, konikiem mojej młodszej siostry :)photo 5

Albo huśtawka na drzewie, na środku pola podczas podróży powrotnej do Gdańska. Jechałyśmy z siostrą i  postanowiłyśmy się na chwilę zatrzymać, aby sfotografować ostatnie podrygi złotej jesieni. Kiedy robiłyśmy zdjęcia nagle pojawił się piękny czarny piesek. Był tak wspaniały i kochany. Bawiąc się z nim prze krótką chwilę byłam szczęśliwa. Takie cudowne stworzonko, piękna złota jesień i towarzystwo siostry. To było wspaniałe. Szkoda że częściej nie miewam takiego ogromu pozytywnych emocji w sobie :)photo

Wiecie co? Nietrudno mnie uszczęśliwić. Wystarczy trochę dobrego jedzenia. Uwierzcie mi to działa jak narkotyk, nowe smaki, nowe doznania. Podróże zawsze pamiętam przez pryzmat jedzenia, które jadłam w danym miejscu na świecie :) Pamiętam jak w 40°C podczas wizyty w USA jechaliśmy z mężem zobaczyć Grand Canyon. Dotarliśmy tam, a ja na to: „ładna dziura w ziemi” i to wszystko, nie robi to na mnie tak ogromnego wrażenia jak można by się spodziewać. Za to wizyta w restauracji Black Angus i stek zapiekany z lazurem i grzybkami… :D Do tej pory nie mogę zapomnieć jak bardzo byłam szczęśliwa jedząc go. Może to jakiś fetysz. Może jestem dziwna…photo 3

Ja pragnę czegoś dla mnie nieosiągalnego, może każdy ma coś takiego, nie wiem. Ale uwierzcie mi, znam sposoby, które pozwolą mi osiągnąć cel :) Doceniajmy piękno każdego dnia, krótkich chwil, momentów.

A Ty?

Jesteś szczęśliwy?

piwne SPA w Czechach

Kochani,

Po raz drugi w moim życiu miałam przyjemność przebywać w miejscu tak niezwykłym jak przyjemnym i odwrotnie. W małej mieścince w Czechach, około godziny drogi od Ostrawy, w której mieszka zaledwie 18 tysięcy mieszkańców. Miasteczko to nie posiada centrum handlowego i innych komercyjnych miejsc – Rožnov pod Radhoštěm. Tam właśnie można znaleźć niezwykłe miejsce: Rožnovský pivovar, a w nim piwne SPA :)W tym niezwykłym miejscu byłam już przed dwoma laty, kiedy mój mąż przez tydzień pracował w tamtejszej fabryce. Podczas jego pracy odpoczywałam w środku lasu w pięknym drewnianym pensjonacie. Wieczorami jedliśmy knedliki z jagodami na słodko i piliśmy czeskie piwo w knajpce obok :) Było cudnie. Ostatniego wieczoru w Czechach poszliśmy do piwnego SPA (Krzyś usłyszał o nim od kolegów z pracy) i zauroczyliśmy się tym miejscem. Dlaczego? Dlatego, że kilkugodzinna sesja w tamtejszym SPA składała się z sauny z kuflem tam warzonego piwa. Potem kąpiel w drewnianych balach w piwie z kolejnym kuflem (zawartość bali to 40% niesfermentowanego piwa i 60% wody). Wszystko wśród zapalonych świec i pięknego zapachu kadzidła. Podczas kąpieli nałożyli nam jeszcze maskę z drożdży. Na koniec była jeszcze relaksacja pod ciepłymi kocami z kolejnym piwem… Same zabiegi były cudowne, ale uwierzcie mi na słowo; piwo sprawiało, że ten czas był znacznie przyjemniejszy.

cz:sleva:400417-relax-v-roznovskych-pivnich-laznich-a-pobyt-na-pustevnach-pro-2#newsletterźródło

W Polsce picie piwa podczas tego typu zabiegów nie byłoby możliwe, przynajmniej w takiej ilości.  Za duże ryzyko zawału :P

Na początku tego roku mój mąż wypatrzył na stronie piwowaru ofertę pobytu dla dwóch osób na okres 6 dni za równowartość jedynie 1300 zł. W cenę wliczone codzienne, kilkugodzinne zabiegi w piwnym SPA, piwo bez ograniczeń, noclegi, śniadania i obiadokolacje :) Nieźle, prawda?

Nie było innego wyjścia Rožnov pod Radhoštěm powitało nas znowu po dwóch latach.

Nasza podróż zaczęła się w Sobotę. Przyjechaliśmy do Warszawy, następnego dnia dojechaliśmy przed 14.00 do Czech. Musieliśmy się śpieszyć z check-in’em w hotelu, ponieważ jeszcze w niedziele miały odbyć się zabiegi. Hotel usytuowany był jakieś 10 min. pieszo od piwowaru. Fajnie było tam wrócić :)

Ciekawostka:

Sam Robert Makłowicz nagrywał odcinek swojego programu w tych okolicach Roznov i część swojego programu nagrał właśnie w Roznovskim Piwowarze :) Jest nawet pokazana jedna z miedzianych bali piwnych, w których wraz z kuflem piwa zażywał relaksującej kąpieli podczas programu :)foto_6535żródło

Gdy już streszczono nam po czesku cały plan zabiegów na cały pobyt dostaliśmy bloczek na obiady w piwowarze. Tego też dnia, po zabiegach w SPA zjedliśmy coś przepysznego. Mąż zamówił kolanko, a ja bryndzove halusky czyli kluski z boczkiem :) Okazało się, że moje kluseczki są przepyszne, a Krzysia „kolanko” to golonka… Nie jadamy golonek, ale ta była tak wyborna, że nikt (nawet Makłowicz podczas programu) jej sobie nie odmówi :) Uwierzcie mi na słowo!

photo 1-4 photo 2-4Cały tydzień składał się z kilkugodzinnych sesji, w prawie każdej była sauna i piwna kąpiel. Poza tym uwielbianym przez nas standardem były takie zabiegi jak: oliwienie całego ciała, masaż gorącymi kamieniami, aromaterapia z paleniem świec, maski drożdżowe, terapia światłem, masaże stóp i całego ciała w specjalnych fotelach itp. Jeden dzień spędziliśmy w morskich łaźniach, gdzie sauna była w morskich klimatach, z bryzą, niebieskimi światełkami „na niebie” i szumem morza. Dostaliśmy też mydełka z morza martwego, po użyciu których piekło nas całe ciało. Para otwierała pory, do których dostawała się sól i to miało chyba te pory oczyszczać – nie wiem :P W łaźniach otrzymaliśmy jeszcze poczęstunek składający się z  suszonych pomidorów, oliwek, fasolki, nadziewanych papryk itp. Za dużo było na talerzu, aby wymieniać. Na koniec czekała nas relaksacja  z odgłosami delfinów i oczywiście wyświetlanym filmem z pływającymi delfinami właśnie :)

Cały pobyt uważam za bardzo udany, choć nie muszę Wam mówić, że było troszkę alkoholowo. Niestety kiedy zaczyna się pić o godzinie 14.00 (przeważnie o tej godzinie zaczynały się zabiegi) to kiedy ok 19.00 wracaliśmy do hotelu padaliśmy często na „małą drzemkę”, która kończyła się rankiem następnego dnia :)

Poza SPA byliśmy na kręglach i tam piłam mohito x 3 – nie mogłam sobie odmówić takiej ilości, ponieważ płaciłam za nie ok 8 zł, a nie różniło się niczym od mohito np. w Zatoce Sztuki w Sopocie, gdzie jeden drink to koszt 35 zł… Odwiedziliśmy jaskinie, manufakturę świec, gdzie zostaliśmy oprowadzeni po całej wytwórni, muzeum samochodów TATRA i wjechaliśmy wyciągiem ławeczkowym na górę, gdzie stoi Bożek Radegast :)
photo 4photo 1photoPrzerażona ja kiedy ławeczki ruszyły :)photo 2photophoto 3photo 3-1Ciekawym zjawiskiem na górze, po drodze do bożka Radegast’a były ułożone w ten sposób kamienie. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak ułożonych „kupek” było mnóstwo. My „na wszelki wypadek” też ułożyliśmy sobie jedną taką :)photo 5W piątek pojechaliśmy do Pragi na jedną noc, a następnego dnia pojechaliśmy do Drezna. Po zakupach (3 skrzynki niemieckiego piwa dla mojego męża, proszki i mój słodki expres Dolce Gusto) mieliśmy wrócić do hotelu i się wyspać. Skończyło się inaczej i postanowiliśmy się spiąć i wrócić do Gdańska jeszcze tej samej nocy. Do Kotika. Dzięki temu mieliśmy całą niedzielę na rozpakowywanie się, prania i powrót do naszej gdańskiej rzeczywistości. Do Gdańska dotarliśmy przed 2 w nocy. Po wniesieniu wszystkich rzeczy i powitaniu z Kotikiem, którym opiekowała się nasza znajoma Ania, w kończu poszliśmy spać :D

 Czechy są piękne, w ogóle niekomercyjne, co naprawdę potrafi urzec.photo 5-1 photo 3-2 photo 2-3 photo 2-2 photo 1-3 photo 1-1Do następnego:*

weekend kulinarny w gdyni

Kochani,

Pod koniec września tego roku Gdynia zorganizowała nie pierwszy już raz imprezę kulinarną. Tym razem był to weekend kulinarny. Impreza odbywała się od 27-29 września. Skorzystałam z niej jedynie w sobotę, ale wrażeń nabrałam tyle co po kilku dobrych dniach kulinarnych degustacji. Szlakiem kulinarnym ruszyliśmy ok. 14.00 z moim mężem i z Agnieszką. Dzięki jej wytrwałości mieliśmy listę restauracji, które tego dnia wydawały dania za 5 zł. Co więcej dzięki niej posiadaliśmy spis menu degustacyjnego każdej z restauracji :) O razu zdecydowaliśmy się na te proponujące ciekawe dania. Te ze spaghetti i różnymi zupami raczej omijaliśmy :)Screen Shot 2014-10-14 at 8.33.58 AMOczekiwanie na jedzonko – nie lubimy marnować czasu :)

Zaczęło się od restauracji Coco Cafe Club & Restaurant, gdzie zamówiliśmy wiele dań (były bardzo ciekawe, stąd decyzja aby spróbować jak najwięcej z menu). Dość długo staliśmy w kolejce, zamówienie złożyliśmy ok 5 minut przed zakończeniem czasu.  Każda z restauracji wydawała w określonych godzinach, tak aby uczestnicy mogli dojść z jednej restauracji do drugiej. Zamówiliśmy burgera gryczanego z sałtką, ziemniaki z klopsikami i pomidorowym sosem, kurczaka z curry z sosem z mleczka kokosowego (wyborne danie) i tajską, ostrą zupę. Wszystko było przepyszne i prawdę mówiąc zastanawiałam się czy i co będę w stanie jeszcze zmieścić :)photo 5photo 1-1 photo 2-2 photo 2-1 photo 4-1photo 1-2Ruszyliśmy do restauracji z mini pizzerinkami – Monte Verdi Ristorante Pizzeria. Byliśmy przed czasem. Gdy wybiła godzina happy hours kolejka przed lokalem sie powiększała, jednak nikt się nami nie zajął. Gdy dojrzałam opuszczany przez innych gości stolik zaraz weszłam do restauracji. Niestety gdy usiedliśmy (była godzina 16.00) otrzymaliśmy informację, że restauracja ma za dużo „normalnie płacących gości” i że stolik który zajęliśmy jest zarezerwowany – uwaga o 17.30 (!!!) Byliśmy tam po prostu niemile widziani. Nie jest naszą winą to, że nie potrafili się zorganizować. Wielki minus dla tej restauracji. Od właścicielki jeszcze usłyszeliśmy, że udział w szlaku kulinarnym został im zaproponowany wiec „się bawią”, ale w domyśle „wszyscy goście za 5 zł spadajcie na szczaw”. Wyszliśmy zdegustowani..

Na szczęście ruszyliśmy do restauracji Lavenda Cafe & Restaurant. Tam było zupełnie inaczej :) Kulturalnie zajęliśmy stolik, zamówiliśmy lemoniadę lawendową i czekaliśmy aż wybije 17.00 (od 17.00-19.00 był zaplanowany happy hours). Zamówiliśmy wszystko co było dostępne za 5 zł. Wszystkie trzy dania zapowiadały się nad wyraz zachęcająco, więc postanowiliśmy się nie ograniczać :) Zamówiliśmy zupę krem z dyni z jabłkami, bruschettę z zielonego groszku z boczkiem i sałatkę z gruszką i granatem. Niebo w gębie. Cała restauracja zapełniła się w 3 minuty i co dziwne po 10 minutach każdy miał na stołach zamówione dania. Wszystko musiało być wcześniej zorganizowane, przygotowane i extremalnie szybko podane. Coś pięknego. Piękny był też smak potraw. Słyszeliśmy tylko „ochy i achy” :) Restauracja godna polecenia.photo 3-2 photo 5-1photo 2-3photo 2-4photo 5-2photo 3-3

Na koniec wybraliśmy się jeszcze na mini pizzę do Basilico i tam zjedliśmy pizzerinkę diabolo :)photo 3-4 photo 5-3Szlak kulinarny uznalje za zaliczony i jestem przeszczęśliwa, że mogłam brać w nim udział.

Braliście kiedyś udział w podobnym wydarzeniu, albo chcielibyście uczestniczy w czymś takim w waszych miastach? Zapraszam do komentowania.

Do następnego :*

europejskie centrum solidarności

Kochani,

W ostatnią niedziele skorzystaliśmy z możliwości nieodpłatnej (do końca września) wizyty w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku.

Spotkaliśmy się ze znajomymi i po otrzymaniu elektronicznych przewodników ze słuchawkami ruszyliśmy na podbój ESC.

Nie powiem Wam kto płakał oglądając filmy wyświetlane na kamiennych ścianach, ale uwierzcie mi to miejsce wywołuje emocje. Każdy kto chce wrócić do grudnia ’70, wprowadzenia stanu wojennego, strajków Solidarności czy obalenia komunizmu powinien odwiedzić to miejsce. Jestem przekonana, że uznacie, że było warto!

Pozwolę sobie ostrzec wszystkie osoby czytające/oglądające, że poniższe zdjęcia zawierają sporą część wystawy dostępnej w ECS. Jeżeli wybieracie się na dniach do ESC odpuśćcie sobie poniższy przegląd zdjęć, aby nie psuć sobie efektu wystawy.photo 1-1photo 5-3photo 4-3photo 2-1photo 1-3photo 1-4photo 1-5photo 2-4photo 2-3photo 2-2photo 1photo 2photo 3-1photo 3-2photo 3photo 3-6photo 3-4photo 3-3photo 4-1photo 4-2photo 4-4photo 5-2photo 5-1photo 4photo 4-6photo 5-4photo 5-6photo 5photo 4-5photo 5-5 photo 3-5 photo 2-6 photo 2-5 photo 1-6Do następnego:*

znowu śniadanie w KOS’ie

Kochani,

A dziś był znowu KOS :) I najpyszniejsze (a zarazem największe i najtańsze – 20 zł) śniadanie w Gdańsku. Dziś poza towarzystwem mojego wspaniałego męża, zabrała się z nami moja siostra z chłopakiem.

photo 1Przesłodkie stoliki przed kawiarnią Józef K.photo 2 photo 4Ciasteczka.
photo 2-1photo 1-1Łukasz i Anetka.photo 3-1photo 4-1photo 1-2 photo 5-1photo 3-2Na koniec ja z moim ukochanym mężem, który gdy słyszy że zabieram go na śniadanie do KOS’a cieszy się jak dziecko :D

Do następnego :*