małżeńskie codzenności

Kochani,

Naszła mnie refleksja „powyjazdowa”. Mój mąż poleciał dziś do pracy. A tak cudownie było go mieć przy sobie prze ostatni miesiąc…

Wszystko ma oczywiście swoje plusy i minusy. Minusem pobytu Krzysia w domu (jednym z niewielu), który przychodzi mi na myśl jest to, że podczas pobytu Krzysia w PL rzadko kiedy mamy pedantyczny porządek w domu – osobiście go uwielbiam. A kiedy już go mamy, to w ciągu 5 minut znowu wszystko wraca do tzw. „artystycznego nieładu”. Mój mąż ma ten problem, że nie zwraca uwagi na,  „bzdurne” czy „małoważne” rzeczy. Jest bardziej praktyczny. Nie robi mu różnicy to, że poduszki na kanapie leżą krzywo lub jedna na drugiej (bo przecież tak wygodnie się na nich leży i jutro położę się znowu). Kiedy przyjeżdża rozkłada swojego laptopa na stole w salonie (wyobraźcie sobie na salonowym stole koło kwiatów: laptopa z mnóstwem kabli, ładowarek, myszkę, telefon itp.) Wszystko to burzy wizualny porządek naszego salonu. Codzienne okruszki na blacie w kuchni, które  wycieram to też oznaka, że „Krzyś tu był” :D

Kiedyś pisałam posta, który idealnie odzwierciedla „bardzo różne” podejście do porządku  moje i mojego kochanego męża – wszystko zostało ukazane na przykładzie dwóch parapetów, które mamy w salonie. Dla przypomnienia wklejam link TU.

Dlaczego pisze tego posta?

Bo właśnie zdałam sobie sprawę, że jak mam mojego kochanego bałaganiarza w domu to ogarnięcie mieszkania „tak jak lubię” nie ma najmniejszego sensu – tzw. robota głupiego, bo mimo odkurzonych podłóg, umytych okien te wszystkie Krzysiowe szpargały i tak powodują, że czuje się jakby wszędzie był bałagan. Zauważyłam, że zaczęłam to akceptować (chyba z miłości do męża:P). Poza tym zawsze po wylocie Krzysia pierwszy dzień poświęcam na pedantyczne wysprzątanie całego mieszkania, dzięki czemu przez np. trzy tygodnie jego nieobecności mam porządek. Dokładnie taki jak lubię :) Wszystko staram się sprzątać na bieżąco i naprawdę czuje się w takim uporządkowanym świecie świetnie. Kiedyś wyczytałam, że osoby nieuporządkowane w środku są bardzo pedantyczne na zewnątrz, aby mieć poczucie „poukładanego życia”. Nie wiem ile w tym prawdy.

Na koniec pozwolę sobie napisać, jak wygląda sprzątanie mojego męża. Po pierwsze jest uzależniony od wstawiania prań. Potrafi wstawić po 3-4 prania dziennie – oczywiście jak się nazbiera jego odpowiednia ilość. Zauważyłam też, że wstawia nawet kilka rzeczy, aby kosz był pusty. Poza tym dzielnie odkurza i zawsze wtedy myje podłogi w całym mieszkaniu (akurat to nie zdarzyło mi się chyba ani razu :) Ale do czego zmierzam?

Super, że w ogóle sprząta i nie jest typem męża, który po pracy otwiera piwo, siada na kanapę i ogląda mecz.

Mój mąż w sprzątaniu zdecydowanie jest od tych bardziej męskich czynności, tych ciężkich, przy których trzeba się naprawdę narobić, aby efekt był zadowalający. Ja jestem od tych małych, codziennych rzeczy, których mój mąż nawet nie zauważa, „że przydało by się” je uporządkować czy umyć. Ja jestem od mycia ogromnej ilości luster w naszym mieszkaniu, okien, codziennego wycierania szklanych stołów/stolików, blatów, układania wszystkiego w szafkach, mycia zlewów, przecierania kurzy itp. Ja po prostu widzę te wszystkie „małe bałagany”.

Kiedyś wróciłam z pracy i po wejściu do mieszkania zaczęłam się standardowo po nim kręcić. Krzyś patrzy na mnie i pyta czy czegoś nie zauważyłam. Nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Co się okazało? Jak myślicie? Mój mąż podczas mojego 8godzinnego dnia pracy umył wszystkie okna, odkurzył całe mieszkanie, umył podłogi, nawet ręcznie wyszorował schody między barierkami…

Gdyby mi o tym „całodziennym poświęceniu” nie powiedział nic bym nie zauważyła… no właśnie, bo poduszki były porozrzucane na kanapie, na szklanych stołach odciski palców i mnóstwo szpargałów na parapetach :P

Taka ze mnie żona, że co innego przykuwa moją uwagę :P

Ale mimo to mój mąż wciąż mnie kocha :D Podsumowując to chyba dobre połączenie, mąż sprząta te konkretne rzeczy, ja te mniejsze; dzięki czemu czasem bywa, że mamy idealny porządek :)

Przykład mojego pedantyzmu, gdzie wszystko musi być równiutko poukładane to regał w pokoju, gdzie trzymam komputer.photo 2Jak u Was wygląda małżeński podział obowiązków domowych?

Do następnego :*

UMAM Patisserie

Kochani,

Odkryłam kilka dni temu bardzo ciekawe miejsce na osiedlu Garnizon. UMAM Patisserie, gdzie mini desery, ciasta, torty czy po prostu dzieła sztuki szokują smakiem i wyglądem. Można się zachwycać do woli. Polecam spróbować. Jedno ciacho to koszt od 8 zł – 12 zł.

Krzyś zachwycił się ciastkiem rabarbarowym, powiedział, że jakby kosztowało 6 zł bywałby tam codziennie :)))

Ja na pewno będę tam częstym gościem. Lokal wewnątrz bardzo zachęca, ponadto można zjeść pyszne ciacho na zewnątrz, gdzie na klientów czekają krzesełka i stoliki.

UMAM znajduje się przy ulicy Hemara 1 w Gdańsku.photo 1 photo 2 photo 3 photo 4 photo 5 photoDo następnego :*

sopocki ryneczek

Kochani,

Dziś mijają 2 lata odkąd założyłam bloga :) Z tej okazji nowy pościk.

Chciałabym podzielić się z Wami miejscem, które często odwiedzam, a kiedy z niego wracam jestem naładowana pozytywną energią i jem nieograniczone ilości boskich owoców przez kolejne dni :) Chodzi oczywiście o sopocki ryneczek, który odwiedzamy z mężem od lat. Działa  2 razy w tygodniu: we wtorki i piątki, w godzinach od 7.00-12.00 lub dłużej. Przyznam, że byłoby cudownie gdyby do tych dwóch dni dołączyła jeszcze sobota. Nie ma nic przyjemniejszego niż zacząć weekend w tak cudownym, kolorowym miejscu.

photo 3

Mój mąż jeśli jeździ sam przywozi zwykle: jajka, szczypior i miętę :) Tzw. zestaw standardowy, kiedy jedziemy razem wracamy bardziej „kolorowo wyposażeni” :P Przykład z dziś :)
photo 1 photo 2-1 photo 4-3 photo 4 photo 5photo 1-1

Poniżej nasze sopockie skarby :)

photo 1-2photo 4-2 photo 3-2 photo 2-3 photo 1-3 photo 2-2

Zachęcam do przejechania się w to cudowne miejsce.

A tu jeszcze Kotulek podczas pisania tego posta :)

photo 5-2

Do następnego :*

kilka słów co się u mnie działo, gdy na blogu cisza :D

Kochani,

Nie da się ukryć, że wiosna zawitała u nas na dobre. Zimowe płaszcze zawisły w szafie i jeśli pominąć przeszywające, zimne wiatry można cieszyć się cudowną pogodą. Rozpoczęty sezon grillowy jest równie przyjemny jak i większa chęć na spotkania towarzyskie. To miła odmiana po skromnej w słońce zimie.

W moim życiu dzieją się rzeczy piękne ostatnio; poza tym staram się doceniać nawet najmniejsze „uprzyjemniacze” :) Kiedy taka piękna wiosna za oknem nie da się inaczej…

Ostatnio raczę się pysznymi śniadaniami, na które o dziwo naprawdę mam ochotę :) Poniżej dwa przykłady.photo 2 photo 1

Przez ostatnie dwa miesiące mieliśmy okazję wybrać się z Krzysiem na śniadania poza domem. Poza KOS’em postanowiliśmy dać szansę Chwili Moment z Croque Madame i śniadaniem al’a English Breakfast i Lookier Cafe z zestawem śniadanowym. Oba śniadania pyszne, jednak do KOS’a dużo jeszcze brakuje.photo 2-1Chwila Moment – Gdyniaphoto 1-2Lookier Cafe – Gdańsk

Korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się z mężem na deser; po tym jak w Hard Rock Cafe na ul. Długiej skosztowaliśmy przepysznego brownie w największym pucharku jaki w życiu widziałam z lodami i bitą śmietaną, uznaliśmy że takie uprzyjemniacze dnia nam się czasem należą :) Obiad był również pyszny.photo 3 photo 4Hard Rock Cafe – Gdańsk

Któregoś popołudnia po długich pertraktacjach wybraliśmy się w końcu do włoskiej restauracji Tesorro w Sopocie i tam na świeżym powietrzu skosztowaliśmy kremu katalońskiego z jagodami. Pysznego…photo 5-1Tesorro – Sopot

Niedawno o uszy obiła mi się nazwa mini knajpki z genialną pizzą – Mąka i Kawa – znajdującej się przy ulicy  Świętojańskej 65 w Gdyni. Pizzą, obsługą, kawą (mój mąż) i niskimi cenami byliśmy po prostu zachwyceni! Zresztą sami zobaczcie. Faktycznie pizza została przygotowana i podana w 5 minut, to niewiarygodne biorąc pod uwagę, że była kolejka.photo 2-2Mąka i Kawa – Gdynia

Podczas kwietniowego pobytu w PL mojej starszej siostry z synkiem udaliśmy się na obiad do nowego lokalu – Śliwka w kompot – znajdującego się w Sopocie na Monte Cassino. Po raz pierwszy odważyłam się zamówić żeberka BBQ – zawsze o tym marzyłam, ale słysząc o żeberkach sprzeczne opinie uznałam, że zamówię jej dopiero w knajpce, która ma szanse je dobrze przygotować. I jak myślicie co się stało? Wyszłam zachwycona, i do tego tak pełna, że ledwo udało mi się dojść do samochodu. Żeberka były po prostu pyszne, a puree ziemniaczane z koperkiem wyborne (tak prosta rzecz jednak może być naprawdę pyszna). Pełna satysfakcja. Niestety zdjęcia brak, ale tylko dlatego, że zjadłam moje danie zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia :P

Takie rzeczy działy się u mnie (kulinarnie), gdy tak okrutnie przestałam zamieszczać nowe posty. Działo się troszkę w moim życiu, stąd inne obowiązki/przyjemności odeszły na jakiś czas w kąt. Życie…

Wracając do odwiedzin mojej siostry Agnieszki, zobaczcie jakiego ma synka. Czy on nie jest najpiękniejszy? (pytania nie kieruje do innych mam 2-3letnich chłopców ;))photo 4-1 photo 3-1

A na koniec moje małe piękności :)photo 5 photo 1-1

Przyznam szczerze, że zabierając się za tego posta myślałam, że nie będę miała o czym pisać, w końcu nic konkretnego się przez ostanie miesiące nie działo, ale jednak kulinarnie całkiem sporo :)

Do następnego :*