chrzest Baltazarka

Kochani,

Cudownie mijały nam pierwsze miesiące życia Baltazarka.

Nadszedł w końcu czas, aby naszego sześciomiesięcznego wówczas synka ochrzcić. Od razu wiedzieliśmy, że chrzest zorganizujemy na wiosnę. Majówka wydała nam się najodpowiedniejsza, więc wyznaczyliśmy sobie datę na pierwszy dzień maja 2016 roku. Kiedy już bilety na samolot dla całej rodziny mojej siostry z UK były zakupione nadszedł czas spotkania w parafii. Wcześniej proszono nas o późniejsze przyjście, gdyż nie było osoby decyzyjnej. I tak niewątpliwie ważna kwestia; czyli ustalenie konkretnej daty stale się odwlekała. Może trochę pochopnie, ale uznaliśmy, że w razie problemów znajdziemy inny kościół, który zgodzi się zorganizować chrzest pierwszego dnia maja.

Oczywiście okazało się, że w naszym kościele chrzty organizowane są jak na złość w 2 i 4 niedzielę miesiąca, a 1 maja wypadał oczywiście w pierwszą. Na szczęście Ojciec z naszej parafii był tak miły, że zgodził się na chrzest indywidualny 1.05.2016 roku; zaraz po mszy świętej.

Tę kwestie mieliśmy załatwioną. Uff…

        Od zawsze wiedzieliśmy, że przyjęcie dla rodziny zorganizujemy w Pałacu Kościeszy w Przyjaźni. W sumie wiedzieliśmy to od momentu, gdy trafiliśmy tam po raz pierwszy (o tym możecie przeczytać TU), a upewniliśmy się co do naszej decyzji, gdy odwiedziliśmy Pałac Kościeszy po raz drugi (o czym przeczytacie TU). Będąc tam i delektując się menu degustacyjnym wiedzieliśmy, że bardzo chcielibyśmy aby nasze rodziny mogły spróbować tych pyszności i znaleźć się choć na kilka godzin w tym kulinarnym niebie. Zatem nasze przyjęcie z okazji chrztu Baltika nie było standardowym obiadem. Miało polegać na tym, że każdy gość otrzyma ośmiodaniowe menu degustacyjne uwieńczone minitorcikiem „malinowa rozkosz” z kawiarni T. Dekera; identycznym z tymi, z których składał się nasz tort weselny sprzed ośmiu lat.FullSizeRender.jpgKrzyś jak to Krzyś wynalazł bardzo intratną ofertę Pałacu Kościeszy obejmującą pobyt w Pałacu podczas całej majówki (dwa noclegi, 2 śniadania i 2 obiadokolacje).

Zatem plan był taki: zapraszamy tylko naszych rodziców i rodzeństwo z partnerami/mężami i ich dzieci; ostatecznie również dzieci, które akurat będą pod opieką mojej mamy w pogotowiu opiekuńczym, które prowadzi w Słupsku. Dzięki czemu spędzimy razem z najbliższymi całą majówkę.

Pierwszy dzień miał być elegancki; msza w kościele, chrzest, uroczysty obiad składający się z ośmiodaniowego menu degustacyjnego i już mniej formalne acz miłe spotkanie po kolacji w naszym apartamencie (apartament 215 ma osobną sypialnię i salon dzięki czemu cały wieczór mogliśmy spędzić razem z najbliższymi). Następnego dnia miało być już coś bardziej nieformalnego, spokojnego i absolutnie na luzie. Zdecydowaliśmy się na odwiedzenie arboretum w miejscowości Wirty, gdzie poza cudownym spacerem za drobną opłatą rozpalono specjalnie dla nas ognisko, na którym piekliśmy kiełbaski. Oczywiście wszystko było wcześniej ustalone, więc i prowiant był przygotowany, a nawet piwo bezalkoholowe.

Ubranko Baltika oczywiście zakupione zostało z COODO FOR KIDS.

W sobotę 30.04.2016 roku wszystko się zaczęło. Po południu pojechaliśmy do Pałacu Kościeszy odebrać klucz do apartamentu dla rodzinki mojej siostry, która miała przylot ok 22:00 tego dnia. Przylecieli z dwójką małych dzieci o bardzo późnej porze, więc wszystko musiało być perfekcyjnie przygotowane. W sypialni mieli przygotowane łóżeczko turystyczne, a w salonie basen z kulkami (zresztą prezent od nich dla Baltika z okazji chrztu), napoje, przekąski, malowanki, mazaki i inne „przyjemności”. Krzyś odebrał całą rodzinę z lotniska i zawiózł do Pałacu.

W dzień swojego chrztu 01.05.2016 roku Baltazarek całą mszę był cudownie grzeczny. Leżał pięknie i obserwował co ciekawego dzieje się wokół niego. Po mszy sam obrządek chrztu trwał ok 15 minut. Wszystko poszło dobrze, wręcz idealnie.

chrzest, in vitro, kwiat pomarańczy, pałac kościeszychrzest kolor (27)W Pałacu Kościeszy jak zwykle było pięknie. Sala perfekcyjnie przygotowana, a stół pięknie nakryty. Na sali rozłożona była dodatkowo mata piankowa, basenik z kulkami, bujaczek, pałąk z zabawkami, plastikowy samochodzik i mnóstwo innych drobniejszych zabawek, aby dzieci podczas obiadu również miały co robić. Zatroszczyliśmy się o wszystko. Przed podaniem pierwszych dań zdążyliśmy również zrobić rodzinne zdjęcia.chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieRodzina Clapp w komplecie: moja siostra Agnieszka z mężem Martinem i Archie’m i Lucy.chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieAgnieszka z Lucy.chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieWszyscy goście w komplecie.chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieTrzy siostry: Agnieszka (mama Archie’go i Lucy), ja (Baltik) i najmłodsza Anetka (z malutką Polą w brzuszku).chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieUwielbiam to zdjęcie.

Tak rzadko się zdarza, że moi rodzice mają trzy córki w jednym miejscu i w jednym czasie. Dlatego zdecydowaliśmy się na fotografa w tym szczególnym dniu, aby mieć pamiątkę na całe życie. Ostatnie tego typu zdjęcie mamy zrobione na początku lat 90tych.chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieMiałyśmy z Agnieszką super kokardki; a Anetka całkiem twarzowy kapelusik :P A tę różową bluzkę z chęcią nosiłabym teraz; oczywiście w większym rozmiarze.

A tak wyglądały dania z naszego menu degustacyjnego. Chyba nie udało się zrobić zdjęć wszystkich potraw, ale większości na pewno tak.chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieNa ostatnim zdjęciu pokazane jest jak pięknie szef kuchni podał (z dodatkowymi elementami: ptasim mleczkiem i lodami) nasz minitorcik „malinowa rozkosz”.

Poniżej kilka zdjęć z przyjęcia:chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_3841chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_3852chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_3922IMG_3945chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4021IMG_4042chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4056Następnego dnia w tej samej sali czekało na nas i tylko na nas przepyszne śniadanie. A zaraz po nim wyruszyliśmy na tę nieoficjalną część chrztu Baltika, czyli na spacer po arboretum w Wirtach i ognisko.chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4786chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4946chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4800IMG_4788IMG_4802IMG_4830chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4846chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4860IMG_4857chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieIMG_4931chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciechrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęcieA po powrocie czekała nas jeszcze pyszna obiadokolacja.IMG_4947chrzest, pałac kościeszy, in vitro, przyjęciePisząc tego posta wróciłam do wspomnień z tego dnia. Było naprawdę cudownie, rodzinnie i smacznie. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda nam się spędzić tak cudownie czas z najbliższymi.

Całuję Was wszystkich mocno i do następnego:**

 

aktywna mama

Kochani,

Zawsze byłam aktywną mamą. Może właśnie nieograniczanie spotkań, wyjść i korzystanie z tego co oferuje Trójmiasto mamom z dziećmi nie miałam żadnego załamania związanego z drastyczną zmianą trybu życia po porodzie, z dołami i uchroniłam się od poczucia beznadziei. Może też jestem taką osobą, która jeśli trochę dłużej posiedzi w domu zaczyna czuć się źle. Ciągnie mnie do ludzi i do działania. Mimo, że po tym jestem bardziej zmęczona, niż gdybym siedziała cały dzień w domu, ale kocham to i po tak spędzonym dniu mam poczucie cudownej satysfakcji. Dlaczego cudownej? Dlatego, że im więcej aktywności organizuje mojemu synkowi tym więcej bodźców dostarczam mu do rozwoju, a poza tym sama się nieźle bawię. Czas leci szybciej, gdy spędzam go aktywniej i synek jest szczęśliwy. Od razu to po nim widać.

Jak Baltazarek był malutki już miał ciekawe życie. Od początku nie stroniłam od spacerów, podróży tramwajem („ale te zarazki”powiedziałyby inne mamy), supermarketów, posiłków w knajpkach czy odwiedzin u znajomych lub goszczenie ich u nas.aktywna mama, aktywność, dziecko, in vitro, ivf, rodzice, rodzicielstwo, niepłodność, spacery, kino dla dzieci, zabawa, spotkania, mamyphoto 250photo 39IMG_8161IMG_8060aktywna mama, aktywność, dziecko, in vitro, ivf, rodzice, rodzicielstwo, niepłodność, spacery, kino dla dzieci, zabawa, spotkania, mamyTu była śmieszna sytuacja. Krzyś zabrał małego na spacer tramwajem. Zrobił zdjęcie i wysłał mi podpisując: „U nas w porządku :) Pozdrowienia z tramwaju” Moi drodzy jak zobaczyłam to zdjęcie to padłam ze śmiechu. Co jest tu nie tak?

Odpowiedź: czapeczka tył na przód :D

To było na porządku dziennym. Szybko z mężem zrozumieliśmy, że podjechanie tramwajem kilku przystanków w kierunku morza na spacer bez auta jest dużo wygodniejsze od wkładania i wykładania dziecka z fotelika samochodowego, składania i rozkładania wózka itp. Gdańsk dysponuje dużą ilością tramwajów niskopodłogowych, więc nawet odpada stres czy akurat będzie ktoś do pomocy. Wszystko idzie szybko i sprawnie. Potem spacer nad morzem i powrót spacerkiem do domu. Fakt, mieszkamy blisko przystanku tramwajowego, wiec z tego korzystamy. IMG_5520urodziny, solenizantka, baltazar, in vitro, IVF, coodo for kidsSpacery w Parku Regana.urodziny, solenizantka, baltazar, in vitro, IVF, coodo for kidsWizyta w ZOO.IMG_4389Spacer w lesie niedaleko Gdyni.

Poza tym gdy Baltazar miał kilka miesięcy zaczęliśmy chodzić na Baby Music Art w Teatrze Okno przy ulicy Długiej w Gdańsku. Dzieci osłuchiwały się z muzyką, śpiewem, a i mamy się wspaniale bawiły. Wracając tramwajem ze starówki na targu kupowałam warzywa, owoce i moje ulubione kwiaty; oczywiście w białym kolorze.baltazar, in vitro, spacer, baby music art, tulip any, joolz, mama, aktywnośćInną ciekawą aktywnością i chyba tą, która dała mi najwięcej były seanse kinowe w BabyMulti Kino w Gdańskim Multikinie. Cotygodniowe seanse dla mam (tak dla mam, oglądałyśmy normalne filmy dla dorosłych, a nie bajki dla dzieci) organizowane przez kino w każdą środę o 12:00 były stałym punktem w naszym kalendarzu. Filmy te miały ściszoną fonię, klimatyzacja była wyłączona, światło lekko ściemnione. Poza tym na sali przed ekranem pracownicy kina rozkładali maty z zabawkami, leżaczki, a mamy miały również do dyspozycji przewijak z pieluszkami w różnych rozmiarach (dostarczonych przez kino!) oraz mokre chusteczki. Wiem brzmi szokująco :) Ale tak, kino stanęło na wysokości zadania. Brawo. Nie obyło się bez wpadek: kiedyś na początku filmu rozległy się strzały i pięcioro obecnych dzieci jak na zawołanie zaczęło płakać, w tym Baltazarek :P

Spędziłam tam cudowny czas, a że kino mam oddalone od mieszkania zaledwie o 30 minut spacerkiem szłam tam zawsze piechotką. A to jeszcze nie koniec pozytywów; to właśnie podczas seansów poznałam kilka wspaniałych mam, z którymi mam cały czas kontakt i tworzymy tzw. Klub Szalonych Mamusiek (wiem, że nazwa co najmniej głupia, ale jakoś się przyjęła do naszego słownika). Zaczęłyśmy spotykać się poza kinem, w naszych mieszkaniach, placach zabaw, restauracjach i razem spacerować. To było cudowne. Klub Szalonych Mamusiek, a raczej jego trzon tworzą 4 mamy i 4 synków w bardzo podobnym wieku: jestem ja z Baltazarkiem, Agnieszka z Kacperkiem, Dorota z Michałkiem (obie poznane w kinie) oraz Kaja z Ziemowitem (Kaję poznałam w pokoju laktacyjnym na oddziale neonatologi i oiomu w Szpitalu przy ulicy Klinicznej w Gdańsku. Nasi synowie byli wcześniakami i sąsiadami z sali. Mamy ściągały pokarm i się zaprzyjaźniały. Efekt tego fenomenalnego pokoju utrzymuje się do dziś). Do naszych spotkań doszło też kilka mam w międzyczasie. Ola z Kaziem i Rysiem, Asia z synkiem Dominikiem, Asia z Olą i Adasiem itd.baltazar, in vitro, spacer, tulipany, mama, aktywnośćPierwsze spotkanie poza kinem.baltazar, in vitro, spacer, tulipany, mama, aktywnośćUwielbiam to zdjęcie.baltazar, in vitro, spacer, tulipany, mama, aktywnośćZawsze mieliśmy małe przegryzki dla dzieciaków. Mamy za to jadły pizzę, owoce, piły kawę i uwielbianą przez wszystkie mamy bavarię – piwo 0% alkoholu (nie niskoalkoholowe, zupełnie go nie zawierające).baltazar, in vitro, spacer, tulipany, mama, aktywnośćbaltazar, in vitro, spacer, tulipany, mama, aktywnośćChłopcy dobrali się nawet pod względem kolorystyki body :Pbaltazar, in vitro, spacer, tulipany, mama, aktywnośćZ tym leżącym brzdącem Rysiem też łączy nas cudowna historia: 26.04.2016 o 2:40 rano zadzwoniła do mnie Ola z informacją, że zaczęła rodzić. A że jej mąż był na drugim końcu Polski zdając bardzo ważne egzaminy, więc zapakowałam synka i o 3:20 zgarnęliśmy Olę do szpitala. Baltazarek zaliczył więc wizytę na izbie przyjęć w Szpitalu Wojewódzkim w Gdańsku :D Moja adrenalina była tak wysoka i czułam się tak wspaniale, że tego samego ranka pojechaliśmy jeszcze na sopocki ryneczek po świeże warzywa. Tak jak wcześniej planowałam. Czasem myślę, że faktycznie jestem szalona :Pbaltazar, in vitro, spacer, tulipany, mama, aktywnośćCzasem gościłam u siebie nawet siedmioro dzieci i sześć mam. Było to najliczniejsze spotkanie w moim mieszkaniu nie licząc urodzin Baltazarka, na które przyszło szesnaścioro dzieci :P

Z dziewczynami znamy się już dość długo i nie jedno wspólne spotkanie przeżyłyśmy. Kiedyś plotkowałyśmy pijąc kawę gdy dzieci grzecznie leżały na matach, a teraz biegamy, gonimy i asekurujemy. Przepraszamy się nawzajem za naszych chłopców, bo a to jeden drugiego ugryzie, popchnie czy uderzy przykrywką od mini garnuszka :P Albo się uśmiechamy, gdy jeden drugiego przytula, wysyła buziaka albo uśmiecha się od ucha do ucha jak widzi wchodzących kolegów :) Podsumowując kawę robimy, gdy uda nam się znaleźć na to chwilę czasu. Nawet po 3 godzinach spotkania :Paktywna mama, aktywność, dziecko, in vitro, ivf, rodzice, rodzicielstwo, niepłodność, spacery, kino dla dzieci, zabawa, spotkania, mamyImprez też mamy bez liku, a to urodziny każdego z chłopców czy urodzinki mam. Zaliczyłyśmy już jedno urodzinowe ognisko, piknik, pszczółkowe przyjęcie i te organizowane na placach zabaw.IMG_8998urodziny, solenizantka, baltazar, in vitro, IVF, coodo for kidsUrodzinki Oleńki, która tak pięknie bawiła się z Baltikiem, że nie mogłam się nadziwić jak dużo mam wolnego czasu. Po naszym wyjściu zapytała mamę: „Kiedy zobaczymy się znowu z Baltazarkiem? On ma takie piękne włoski”. Dzieci są cudowne! urodziny, solenizantka, baltazar, in vitro, IVF, coodo for kidsInnym razem po powrocie do domu po kilkugodzinnej zabawie u nas w mieszkaniu wyciągnęła mini walizeczkę i zapowiedziała mamie, że się pakuje, bo chce jechać do Baltazarka.

Baltazar w pierwszym roku swojego życia zaliczył też wizyty w 5 państwach (Irlandia, Czechy, Anglia, Niemcy i USA). ma za sobą 10 lotów samolotem… Jesteśmy szaleni.

A teraz nostalgicznie: dzieci dorastają, wszystko się zmienia, nabiera innych barw. Doceniajmy więc każdy czas dzieciństwa naszych pociech, każdy etap dorastania niesie ze sobą plusy i minusy. Doceniajmy to; cieszmy się i bądźmy szczęśliwe :)

Do następnego:*

Baltazarkowe pierwsze dni w domu

Kochani,

Z Baltazarkiem, tym małym niespełna 2,5kilogramowym człowiekiem wróciłam do domu 2.11.2015 roku. Był tak malutki, a moja miłość tak nieproporcjonalnie ogromna, że nawet przez sekundę nie bałam się czy sobie poradzę. Nie było ze mną Krzysia. Pracował, nikt przecież nie przypuszczał, że powitamy naszego synka na świecie aż miesiąc przed czasem. A zaradny tata (może mnie przewidujący niż zaradny) zarezerwował sobie aż 1,5 miesiąca wolnego, aby być z nami dwa tygodnie przed porodem, w trakcie i aż miesiąc po. Widzicie jak los lubi zaskakiwać, a wszystko było przecież tak idealnie zaplanowane :P

baltazarek, in vitro, wcześniak, szpital, macierzyństwo, IVF, invicta, poród

Gdy Baltazarek przyjechał do domu podłączyłam mu do wózka monitor oddechu (instrukcję przestudiowałam jeszcze w szpitalu). Dlaczego do wózka? Dlatego, że zamówione łóżeczko i kołyska miały być dostarczone trzy tygodnie przed planowanym porodem. Zatem łóżeczka i kołyski oczywiście też nie miałam :P

baltazarek, in vitro, wcześniak, szpital, macierzyństwo, IVF, invicta, poródbaltazarek, in vitro, wcześniak, szpital, macierzyństwo, IVF, invicta, poród

Pani dr zasugerowała mi ściąganie mleka i karmienie dziecka z butelki, abym dokładnie wiedziała czy zjadł swoją porcję. Było to też dla niego łatwiejsze. Niestety wcześniaki nie mają tyle siły co dzieci urodzone o czasie i po wypiciu z piersi np. 1/3 potrzebnej porcji zasypiają ze zmęczenia. Przez co nie dojadają i tracą na wadze, co u wcześniaków może być bardzo groźne.  Dlatego moje dwa pierwsze tygodnie po powrocie ze szpitala kręciły się rytmem trzygodzinnym. Tzn. jedną godzinę ściągałam pokarm (przygotowanie i złożenie laktatora, samo ściąganie i przygotowanie go i butelek do kolejnego użycia), kolejną godzinę przewijałam Baltika, karmiłam, odbekiwałam i ponownie usypiałam. Trzecia godzina była przeznaczona na sen lub zjedzenie czegoś, jakiś prysznic. Potem znowu ściąganie, karmienie i 1h snu i tak w kółko. Nie powiem żeby nie było to męczące, było. Ale co tam, dla takiego syna warto poświęcić wszystko :)

baltazarek, in vitro, wcześniak, szpital, macierzyństwo, IVF, invicta, poród

czasem też się karmiliśmy :)

baltazarek, in vitro, wcześniak, szpital, macierzyństwo, IVF, invicta, poród

pierwsze werandowanie na tarasie

I tak właśnie mijał nam czas na tuleniu, karmieniu, zachwycaniu się. Tata wrócił i był już z nami na co dzień. I było wspaniale :)

baltazarek, in vitro, wcześniak, szpital, macierzyństwo, IVF, invicta, poródbaltazarek, in vitro, wcześniak, szpital, macierzyństwo, IVF, invicta, poród

O aktywnościach z pierwszych miesięcy życia Baltika napiszę w kolejnym poście. Od samego początku byłam bardzo aktywną mamą i na tyle kochającą, że zabierałam synka ze sobą dosłownie wszędzie :P

Do następnego :*

1% podatku potrzebny dla synka mojej siostry

Kochani,

Jeśli nie macie komu oddać 1% podatku rozliczając PIT’a za rok 2016 proszę Was z całego serca oddajcie go na mojego ukochanego siostrzeńca.

Archie (Arczi) ma 4,5 roku i autyzm. Od jakiegoś czasu zaczął mówić i jest to zasługa terapii ABA, na którą idą WSZYSTKIE pieniądze mojej siostry i jej męża. Ale to i tak mało. Potrzebujemy więcej, aby Archie był kiedyś samodzielnym człowiekiem.

Także jeśli nie macie komu oddać swojego 1% (bardzo cennego) oddajcie go Archie’mu. Proszę…

Wszystkie potrzebne dane znajdują się  na plakacie. A TU znajduje się stronka o nim, o jego rodzinie i terapii ABA, która jest mu niezbędna!

1% podatku, archie, pit, rozliczenie PIT

Dziękuję!

i minął rok

Kochani,

Dziś o 7:45 minął rok od kiedy urodziłam najwspanialszego na świecie małego mężczyznę. Minął rok, który bez wątpienia był najwspanialszym rokiem mojego życia. Podczas którego nie przespałam ani jednej całej nocy, ale kto by się tym przejmował :)

Posiadanie dziecka to coś najwspanialszego na świecie, nie można porównać tego uczucia do niczego innego. Niczego. Kariera, podróże dookoła świata wydają się niczym w porównaniu z codziennym życiem, w którym pełno najwspanialszych matczynych uczuć, doznań i przeżyć.

Taki był ten rok z moim najukochańszym Baltazarkiem.

Moim małym, dzielnym mężczyzną.

baltazar-miesiac-po-miesiacuTak, zdecydowanie był to najpiękniejszy rok mojego życia.photo-108photo-19img_8726img_1134img_4655fullsizerender-2fullsizerender-2fullsizerender1fullsizerender-4fullsizerender-3fullsizerender1-2fullsizerender-4

Oby kolejne lata były tak samo wspaniałe :)

Do następnego :*

baltazarkowe przyjście na świat – czyli historia mojego porodu

Kochani,

Kolejnym etapem opowiadanej przeze mnie  historii związanej z in vitro jest poród. Mam fajne wspomnienia dotyczące tego wydarzenia.

Data porodu wyznaczona była na 27.11.2015 roku, więc po 26 tc zaczęłam uczęszczać do szkoły rodzenia. W pierwszej kolejności wybrałam się do szkoły przy szpitalu na ulicy Klinicznej w Gdańsku. Uznałam, że tam będę rodzić – jeśli oczywiście będą miejsca. Były to okrojone zajęcia, ale najważniejsze jest to, że zobaczyłam sale porodowe. Spodziewałam się okropnego miejsca w stylu PRL, a zobaczyłam piękne, nowoczesne, odnowione w których aż chce się rodzić :) Szpital na Klinicznej oferuje 4 sale, dwie z nich posiadają własne łazienki z prysznicem. Trafiłam do sali nr 2, co ciekawe kilka miesięcy później poznałam Anię, która również rodziła w tej sali dwa tygodnie przede mną. Moja sala miała prysznic, piłkę, gaz rozweselający, więc była dobrze zaopatrzona.

Czułam niedosyt wiedzy dot. porodu i innych aspektów z nim związanych, więc jako  Gdańszczanka (po zameldowaniu mogę się już tak nazywać) zapisałam się do szkoły rodzenia w Invicta’cie. Szkoła była darmowa dla Gdańszczanek – opłatę ponosił Urząd Miasta.

Trzy tygodnie przed porodem gościłam u siebie mojego chrześniaka Olivierka z jego mama Olgą. Spędziliśmy miło czas, niestety Olivier pod koniec weekendu zaczął kaszleć. Po wyjeździe okazało się, że to zapalenie oskrzeli. Jak się pewnie domyślacie kilka dni później sama byłam mocno przeziębiona i w połączeniu z extremalną zgagą ciążową przeżywałam ciężki czas, szczególnie w nocy. Kiedy w końcu wyzdrowiałam i odzyskałam energię postanowiłam posprzątać cały dom. Zresztą następnego dnia miał przylecieć mój mąż. Nie skończyło się na odkurzaniu i myciu blatów. Umyłam wszystko co mogłam min. fronty szafek; zrobiłam i rozwiesiłam kilka prań. Po całodziennym sprzątaniu, nie wiem skąd, ale nadal dysponowałam energią, więc jeszcze upiekłam ciasto z jabłkami i ugościłam nim moją koleżankę ze studiów. Przegadałyśmy sporo czasu; chyba do godziny 23.00. W końcu poszłam spać.

Następnego dnia uznałam, że się trochę przeforsowałam, gdyż nadal czułam ból kręgosłupa. Miewałam taki zawsze po cięższym dniu, ale rano nie było po nim śladu. Ok 14.00 mąż wylądował na gdańskim lotnisku, o 15.00 dotarł do domu, a kiedy szykowaliśmy się do wyjścia na obiad nagle odeszły mi wody. To był ostatni dzień 35 tygodnia ciąży; piątek 23.10.2015 roku. Nastąpiło to w przyszłym pokoju Baltika, po przyniesieniu przeze mnie prania. Gdy je niosłam z suszarni nagle coś mocniej zabolało mnie w kręgosłupie. Odłożyłam wszystko i usiadłam, aby dojść do siebie, a gdy tylko wstałam odeszły mi wody. Zawołałam Krzysia mówiąc przerażonym głosem „Krzyś, wody mi odeszły…” – w tym momencie moja mina mówiła sama za siebie. Mąż  dobrze wyedukowany ze szkoły rodzenia odpowiedział: „jutro Baltazarek będzie z nami” i mnie przytulił. Popłakałam się z przerażenia. Po minucie wrócił mi odruch planowania i rozrządziłam zadania. Krzyś miał przepakować do walizki przygotowane wcześniej rzeczy tzw. wyprawkę szpitalną. Ja poszłam pod prysznic.

Po odejściu wód wiedziałam, że w ciągu 24 godzin powinnam urodzić. W Polsce nie czekają dłużej, gdyż przez przebitą błonę może wdać się zakażenie i  zagrozić dziecku. Wiedziałam, że niedługo Baltazarek będzie z nami.

Ponieważ Krzyś podczas lotu nieroztropnie pozwolił sobie na dwa drinki musiałam sama odwieźć się do szpitala. Na szczęście nie miałam jeszcze skurczów, więc było to możliwe. Po drodze powiadomiłam przyjaciółkę, że „przez niespodziankowy weekend z mężem” musimy odwołać sesję brzuszkową zaplanowaną na następny dzień. Agnieszka, autorka mojego zdjęcia promującego blog nawet przez chwilę nie pomyślała, że już nie będzie miała czego fotografować; chyba że małego Baltika.

Postanowiliśmy z Krzysiem nikomu nie mówić, że jedziemy rodzić. Nie chcieliśmy dopuścić do tzw. „gorącej linii”; Krzyś był potrzebny mnie. Nie chciałam, aby tracił czas na dziesiątki telefonów z zapytaniem „czy już?”, a dobrze wiemy że dokładnie tak by było. Przemyślcie to drogie Panie :) Ja zdecydowałam się powiadomić tylko moją starszą siostrę, która przez cały czas mnie wspierała i odpowiadała na nurtujące  pytania nie narzucając się. Z tego co pamiętam powiedziałam jej wcześniej, że poza Krzysiem będzie jedyną osobą, która będzie wiedziała :)Facetune 3Jak widać zmieściłam się ze wszystkimi rzeczami w jedną walizkę.

Gdy dojechaliśmy do szpitala miałam cudowny humor. Weszliśmy na izbę przyjęć. Z uśmiechem powiadomiłam, że godzinę temu odeszły mi wody. Porozmawiałam z przemiłą Panią, załatwiłyśmy wszystkie formalności i zaraz po tym czekałam na panią Doktor, która miała zdecydować czy przyjmą mnie do szpitala. Podczas oczekiwania Pani z izby przyjęć powiedziała, że dawno nie widziała tak szczęśliwej rodzącej :) To było bardzo miłe i faktycznie oddawało w całości to jak się czułam. Była najszczęśliwsza, podekscytowana i nie wiem czemu nie miałam w sobie ani odrobiny strachu. Raczej spokój, byłam gotowa na to co ma nadejść. Jak ktoś mi kiedyś powiedział: „jak już się zaczęło, to się kiedyś skończy” – oczywiście myśl dotyczy konkretnie porodu i bardzo mi to pomogło w jego trakcie :)

Pani doktor przebadała mnie i kazała się przebrać w koszulę i szlafrok. Okazało się, że dostałam ostatnie miejsce na oddziale patologii ciąży. Ależ się ucieszyłam, już miałam pewność, że urodzę w szpitalu na Klinicznej, czego od początku chciałam. Wszystko szło jak po maśle. W izbie przyjęć, gdy Krzyś wrócił z samochodu niespodziewanie na jego ubraniu zobaczyłam biedronkę. Jak miało mi to nie przynieść szczęścia? :)

Podłączono mnie do KTG, potem położono do łóżka na oddziale. O 21:00 Krzyś pojechał do domu, mając nakaz spania z telefonem, gdyby się zaczęło i szybko musiałby przyjechać. Przegadałam z dziewczynami 3 godziny (jak to ja) mając skórcze przypominające bóle miesiączkowe. Kiedy poszłyśmy spać; tzn. one, bo ja już bym nie zasnęła. Skurcze były mocniejsze i między 00:00 a 3:00 rano dobrze wiedziałam, że zaczęłam rodzić. Organizm zaczął się oczyszczać, przez te trzy godziny byłam  około 6 razy w toalecie. Skurcze były już tak konkretne, że miałam wrażenie iż każda kropelka moczu mi przeszkadza.

Przed 3:00 poszłam do pielęgniarki/położnej dyżurującej na oddziale poinformować, że mam mocne skurcze. Pokazałam spisaną ich listę, z częstotliwością występowania i czasem trwania. Odpowiedź: „Pani jeszcze nie rodzi, proszę iść spać”. Zaśmiałam się w duchu, bo spanie w takim bólu było po prostu niemożliwe. Wróciłam do łóżka i grzecznie, aby nikogo nie obudzić przeżywałam kolejne skurcze. Gdy 15 minut później przyszła ta sama Pani, aby zmierzyć wszystkim temperaturę akurat miałam skurcz. I całe szczęście, bo gdy była jego świadkiem powiedziała: „Ja już Panią zabiorę na porodówkę, proszę wziąć szlafrok, wodę i telefon”.

Weszłam na salę porodową; a tam cisza. Nie spodziewałam się, że będę rodzić sama. Żadnej innej rodzącej. Wybrano mi wcześniej wspomnianą salę nr 2 z prysznicem i osobną łazienką. Pani Położona była bardzo miła. ok 4:00 rano usłyszałam: „Proszę dzwonić do męża, Pani już nie wróci na patologię…” No to rodziłam. Marzyłam o tym od tak dawna :)

To było niesamowite. I znowu pisząc to mam łzy w oczach… A mój 8kilogramowy brzdąc, urodzony ponad 6 miesięcy temu śpi po mojej prawej stronie w swoim łóżeczku od godziny dając mamie pisać wspomnieniowego posta. Ciekawe czy kiedyś będzie chciał go przeczytać… Kochany Baltiś :)

Przepraszam za dygresję. Wracając do historii porodu. Przyjechał Krzyś, był u mnie może 10 minut od telefonu ubrany w koszulę i eleganckie spodnie. Myślałam że padnę ze śmiechu. Kazałam mu się ubrać w dresy i wziąć klapki, tak jak mówili na szkole rodzenia – „przede wszystkim wygoda” :P Miał dowieźć mi dwie rzeczy: rożek dla Baltazarka i kocyk z nadrukiem misia. A przywiózł… śpiworek do spania dla kilkumiesięcznego dziecka a zamiast kocyka prześcieradełko nieprzemakalne na materacyk :D

Będziemy się śmiać z tego jeszcze bardzo długo :)

Od 3:00 do 6:00 miałam bardzo mocne skurcze. Kiedy Krzyś zaczął w trakcie jednego wycierać mi czoło zwilżoną szmatką przesuwając mi włosy do oczu myślałam, że wyjdę z siebie. Odgoniłam go z tą szmatką jak natrętnego komara. Tego było już za wiele. Po skurczu  powiedziałam: „Kochanie, kiedy mam skurcz Ty mnie nie dotykasz, nie głaszczesz, o nic nie pytasz i w ogóle się do mnie nie odzywasz, ok?” Wytłumaczyłam mu, że to jest taki ból, że skupienie się nad tym co do mnie mówi jest jak niewyobrażalny dodatkowy wysiłek. Zrozumiał i już siedział cicho, przynajmniej w trakcie skurczów :)

Około godziny 5:00 poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Ok 6:00 przyszła Pani Doktor, aby sprawdzić czy jest możliwe to, aby mi je podać. Niestety moje skurcze były za mało intensywne, za krótkie i za rzadkie, przez co akcja porodowa mogłaby osłabnąć, albo co gorsze zaniknąć… Pytam się zatem: „kto wytrzymałby bardziej intensywne, dłuższe i częstsze??? Na pewno nie ja…, w ogóle myślałam, że to niemożliwe”. Pani Doktor uznała, że przyjdzie za godzinę ocenić sytuację i wówczas zdecydujemy czy podajemy znieczulenie czy nie. Godzina między 6:00 a 7:00 została przeze mnie wyparta z pamięci (pewnie domyślacie się, że nie był to najprzyjemniejszy czas w moim życiu). Pamiętam tylko, że otrzymałam (za moją zgodą) oksytocynę i skurcze nabrały na sile. Przez tę godzinę używałam też gazu rozweselającego, który powodował, że miałam po każdym skurczu tak sucho w ustach, że nie mogłam oddychać. Łyk wody zaraz po był jak wybawienie. Wymiotowałam trzykrotnie; to przez oksytocynę właśnie. Podczas tej godziny mąż przydał się najbardziej. Był bardzo pomocny, nie wyobrażam sobie, aby go ze mną nie było.

O 7:00 moja Położna kończyła zmianę i żegnając się ze mną powiedziała: „Pani Kasiu już zaraz koniec”. Miała rację, zaraz po jej wyjściu usłyszałam, że mamy rozwarcie na 10 cm i możemy przystąpić do II fazy porodu; do skurczy partych. „Nareszcie” pomyślałam, gdyż wiedziałam, że II faza może trwać do 2h, ale też może zakończyć się nawet na kilku skurczach :) Naładowana pozytywną energią jakbym ocknęła się z letargu. Inna Pani Położna, która zastąpiła dotychczasową wyglądała na bardziej srogą, konkretną. Powiedziała mi jak powinnam zachowywać się podczas skurczu i na czym polegają skurcze parte. Tak dobrze to zrobiła, że już podczas drugiego skurczu dobrze wiedziałam o co jej chodzi i co mam robić. Nie wiem jak zleciało kolejnych 40 minut… jak sekunda. Po tym czasie zapytałam czy jeszcze długo, a odpowiedź, którą usłyszałam dała mi największego kopa energetycznego w moim życiu: „Widać główkę, Pani synek ma czarne włoski, dużo…” jak się pewnie domyślacie podczas kolejnego skurczu urodziłam :) Nasz synek był taki malutki, że po wyjściu główki, już bez skurczu Pani Położna wyciągnęła resztę jego ciałka. Cóż mogę powiedzieć o tym momencie. Chyba, że to był najszcześliwszy moment mojego życia. Malutki płacząc leżał na moim brzuchu, a ja tylko powtarzałam mu jak bardzo go kocham i jaki był dzielny.Facetune 4Baltazar urodził się 24.10.2015 roku o godzinie 7:45 mierząc 51 cm i ważąc 2465 g, punkty w skali Apgar 10/10.

To nie był koniec dobrej passy. Przewieziono mnie do sali obok na odpoczynek, a mąż odprowadził naszego synka umieszczonego w inkubatorze na oddział neonatologiczny. Wcześniaki muszą być pod szczególną obserwacją. Gdy Krzyś do mnie wrócił  poinformował mnie, że udało się załatwić miejsce w pokoju o podwyższonym standardzie. Na myśl o tym, że będę miała łazienkę w pokoju odetchnęłam z ulgą. Jeszcze wtedy nie wiedziałam jak będzie to ważne mieć ją blisko łóżka. Podczas pierwszego prysznica kilkukrotnie prawie traciłam przytomność, więc odbywał się on na raty. To było zdecydowanie najtrudniejsze zadanie tego dnia; oczywiście nie wliczając porodu. W szpitalu na Klinicznej dysponują dwoma pokojami o podwyższonym standardzie; jeden jednoosobowy i drugi dwuosobowy; do niego trafiłam. Była w nim przede wszystkim łazienka, fotel do karmienia i lodówka.

Przyniesiono mi śniadanie: 4 kromki chleba, masło i 4 plasterki wędliny i wiecie co? To było najsmaczniejsze śniadanie mojego życia! Możecie nie wierzyć, ale to 100% prawda. Było wyborne i tak bardzo mnie w tym momencie uszczęśliwiło, że sama nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. Obdzwoniliśmy rodzinę przekazując dobre wieści. Nikt nie mógł uwierzyć, a moja mama zrobiła to dopiero gdy wysłałam jej MMS ze zdjęciem Baltika.

W tym momencie napisałam też SMS i wysłałam zdjęcie naszego synka do najwspanialszej Pani Doktor Joanny Szczyptańskiej, która prowadziła moje zmagania z niepłodnością i wiem, że to dzięki niej nasz Cud miał szansę się urodzić.

Jejku jaka ja byłam szczęśliwa…

Tego dnia mój mąż kupił też 4 ogromne bukiety kwiatów i zaniósł je przemiłym Paniom na izbie przyjęć, na oddział patologii ciąży, na porodówkę i na oddział neonatologiczny dla Pań położnych za dotychczasową opiekę nad naszym synkiem, który grzecznie spał w inkubatorze.FacetuneBaltazarek spędził na oddziale 10 dni, w tym pierwsze dwie doby w inkubatorze (podczas pierwszej doby życia miał jeden bezdech, stąd konieczność stałej obserwacji). Po tym czasie dostał przenośne łóżeczko na kółkach. Gdy dowiedziałam się, że będzie przeniesiony do łóżeczka oczywiście popłakałam się ze szczęścia.

Jejku jaka ja byłam szczęśliwa…

Po dwóch dobach zostałam wypisana ze szpitala. Mój mąż tego dnia około 6 rano miał samolot do pracy – nikt nie przypuszczał, że urodzę tak wcześnie, a wolne miał ustalone dopiero od 15.11.2015-31.12.2015.

Ze szpitala odebrał mnie nasz kolega Arek, za co będę mu wdzięczna do końca życia. Po zaniesieniu rzeczy do domu, przebrałam się szybko i od razu wróciłam do szpitala. Niestety auto mi nie odpaliło. Straciłam 15 minut licząc, że magiczny chip zadziała i będę mogła ruszyć. Popłakałam się i wezwałam taksówkę. Gdy do niej wsiadłam łzy ciekły mi jak z kranu i mimo, że normalnie rozmawiałam z kierowcą one nadal ciekły. Ach te hormony; uwierzcie mi to było bardzo śmieszne. Nie mogłam tego powstrzymać.

Przez kolejne 8 dni jeździłam do synka. W szpitalu codziennie byłam ok 7:00, a do domu wracałam po 20:00. W tym okresie sporo czasu spędziłam w szpitalnym pokoju laktacyjnym, gdzie wszystkie mamy (szczególnie te dzieci z oddziału neonatologicznego i oiom’u) ściągały mleko dla swoich skarbów. Ten pokój to pewnego rodzaju fenomen. Miejsce, gdzie śmiałyśmy się do łez, ale też płakałyśmy; szczególnie gdy pojawiała się mama dziecka z oddziału intensywnej terapii noworodka i opowiadałam nam  swoją historię. Tych też było kilka i wbijały w fotel. Nie będę ich przytaczać…

Po 10 dniach po porodzie nasz drugi dobry kolega odebrał mnie i Baltazarka ze szpitala. Sama nie mogłam tego zrobić, ponieważ gdy ja bym prowadziła kto opiekowałby się moim małym Cudem? Musiałam mieć kogoś do pomocy. I tak 2.11.2015 trafiliśmy do domu :)

W kolejnym poście wspomnienia z tego okresu.

Dziękuję, że ze mną jesteście:*

Do następnego.