dużo się ostatnio działo… oj dużo…

Kochani,

Nie pisałam dość długi czas, myślę, że nazbierało się około dwóch tygodni. Oczywiście nie dlatego, że o Was zapomniałam :) Miałam tak dużo rzeczy do zrobienia, że w końcu (teraz) mój organizm się zbuntował i powiedział dość. Leże w łóżku na L4, z kołnierzem ortopedycznym na szyi i na lekach przeciwbólowych i przeciwzapalnych. Tak to się czasem kończy, kiedy ktoś jest zbyt aktywny i nie ma choćby jednego wieczoru na regenerację sił…

Zaczęło się od tygodnia przed moim dwudniowym urlopem, kiedy każdego dnia poza pracą miałam „coś”, np. spotkania blogerów, kabaret LIMO, spotkania ze znajomymi czy  z kobietami sukcesu dot. PR i tworzenia logo własnej firmy czy bloga. Trochę tego było, ale były to raczej bardzo przyjemne rzeczy. Aby być wszędzie obecna i miło spędzać czas wychodziłam codziennie ok 7.30 z domu i  każdego dnia wracałam po 22.00.zdjęcieja z Joy

Kilka dni przed urlopem musiałam zrobić zaległe pranie,  spakować się, posprzątać całe mieszkanie przed wyjazdem  i przyjazdem naszego gościa. W nocy ze środy na czwartek spałam 2,5h i ok 3 nad ranem musiałam wstać, aby dojechać na lotnisko. Samolot do Paryża startował po 5 rano. Dlaczego lecieliśmy do Paryża? To naprawdę złożona historia :)

Historia z Paryżem zaczęła się ok roku temu kiedy to do w drodze do USA, dokładnie między New Yorkiem a Phoenix w samolocie obok mnie i mojego męża usiadła starsza Wietnamska kobieta – Joy. Przegadała z moim mężem ok kilku godzin. Okazało się, że ona również pracowała w Intelu (w latach 1975-1977). Pod koniec podróży zaprosiła nas do siebie na kolację – prawdziwą wietnamską zupę i sajgonki.

Mówiąc szczerze byłam w szoku taką gościnnością od obcej kobiety. Wymieniliśmy się telefonami i każdy poszedł w swoją stronę. Nie spodziewałam się, że zadzwoni. A jednak :) Amerykańska otwartość nie po raz pierwszy dała o sobie znać. Kilka dni po telefonie od Joy pojechaliśmy do jej domu za Phoenix i zjedliśmy najpyszniejszą wietnamską kolację ever :) Relacja z tego wydarzenia znajduje się TU. Wiem, że wcale ładnie nie wyglądałam w tak jasnych włosach :P

Będąc w USA spotkaliśmy się z Joy jeszcze jeden raz i zjedliśmy kolację w amerykańskiej restauracji Black Angus z najlepszymi stekami na świecie! Podczas rozmowy wyszło na jaw, że Joy jedzie w następnym roku do Francji na finały rozgrywek w tenisa – Roland Garros. Ustaliliśmy (troszkę poza mną, bo mój angielski nie był wtedy tak komunikatywny jak się okazało ostatnio), że my również odwiedzimy w tym czasie Paryż, spotkamy się z Joy, a nawet przed finałami zabierzemy ją na kilka do Polski.

Tak też się stało :) Joy jutro wyjeżdża z Polski z powrotem do Francji na finały – będziemy je oglądać i wypatrywać jej w telewizorze – trzeci rząd przy prawym rogu boiska :)

Relację z Paryża przedstawię jak będę mogła dłużej usiedzieć przy komputerze (czyli jak kolejne leki przeciwbólowe zaczną działać), wtedy też wszystko dokładnie opisze. Nie będzie tego dużo, bo we Francji spędziliśmy jedynie 3 dni :)

Miłej nocy i trzymajcie za mnie kciuki, aby moja szyja przestała tak mocno boleć i abym mogła zasnąć tej nocy.

Do następnego:*

One thought on “dużo się ostatnio działo… oj dużo…

  1. Mam nadzieje,ze pocztówka dojdzie szybko bo sie nagle okazali,ze musze sie do konca mca wyprowadzić.jeszcze nie wiem gdzie. . :P Pozdro z Wroclawia i szybkiego powrotu do zdrowia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s