piwne SPA w Czechach

Kochani,

Po raz drugi w moim życiu miałam przyjemność przebywać w miejscu tak niezwykłym jak przyjemnym i odwrotnie. W małej mieścince w Czechach, około godziny drogi od Ostrawy, w której mieszka zaledwie 18 tysięcy mieszkańców. Miasteczko to nie posiada centrum handlowego i innych komercyjnych miejsc – Rožnov pod Radhoštěm. Tam właśnie można znaleźć niezwykłe miejsce: Rožnovský pivovar, a w nim piwne SPA :)W tym niezwykłym miejscu byłam już przed dwoma laty, kiedy mój mąż przez tydzień pracował w tamtejszej fabryce. Podczas jego pracy odpoczywałam w środku lasu w pięknym drewnianym pensjonacie. Wieczorami jedliśmy knedliki z jagodami na słodko i piliśmy czeskie piwo w knajpce obok :) Było cudnie. Ostatniego wieczoru w Czechach poszliśmy do piwnego SPA (Krzyś usłyszał o nim od kolegów z pracy) i zauroczyliśmy się tym miejscem. Dlaczego? Dlatego, że kilkugodzinna sesja w tamtejszym SPA składała się z sauny z kuflem tam warzonego piwa. Potem kąpiel w drewnianych balach w piwie z kolejnym kuflem (zawartość bali to 40% niesfermentowanego piwa i 60% wody). Wszystko wśród zapalonych świec i pięknego zapachu kadzidła. Podczas kąpieli nałożyli nam jeszcze maskę z drożdży. Na koniec była jeszcze relaksacja pod ciepłymi kocami z kolejnym piwem… Same zabiegi były cudowne, ale uwierzcie mi na słowo; piwo sprawiało, że ten czas był znacznie przyjemniejszy.

cz:sleva:400417-relax-v-roznovskych-pivnich-laznich-a-pobyt-na-pustevnach-pro-2#newsletterźródło

W Polsce picie piwa podczas tego typu zabiegów nie byłoby możliwe, przynajmniej w takiej ilości.  Za duże ryzyko zawału :P

Na początku tego roku mój mąż wypatrzył na stronie piwowaru ofertę pobytu dla dwóch osób na okres 6 dni za równowartość jedynie 1300 zł. W cenę wliczone codzienne, kilkugodzinne zabiegi w piwnym SPA, piwo bez ograniczeń, noclegi, śniadania i obiadokolacje :) Nieźle, prawda?

Nie było innego wyjścia Rožnov pod Radhoštěm powitało nas znowu po dwóch latach.

Nasza podróż zaczęła się w Sobotę. Przyjechaliśmy do Warszawy, następnego dnia dojechaliśmy przed 14.00 do Czech. Musieliśmy się śpieszyć z check-in’em w hotelu, ponieważ jeszcze w niedziele miały odbyć się zabiegi. Hotel usytuowany był jakieś 10 min. pieszo od piwowaru. Fajnie było tam wrócić :)

Ciekawostka:

Sam Robert Makłowicz nagrywał odcinek swojego programu w tych okolicach Roznov i część swojego programu nagrał właśnie w Roznovskim Piwowarze :) Jest nawet pokazana jedna z miedzianych bali piwnych, w których wraz z kuflem piwa zażywał relaksującej kąpieli podczas programu :)foto_6535żródło

Gdy już streszczono nam po czesku cały plan zabiegów na cały pobyt dostaliśmy bloczek na obiady w piwowarze. Tego też dnia, po zabiegach w SPA zjedliśmy coś przepysznego. Mąż zamówił kolanko, a ja bryndzove halusky czyli kluski z boczkiem :) Okazało się, że moje kluseczki są przepyszne, a Krzysia „kolanko” to golonka… Nie jadamy golonek, ale ta była tak wyborna, że nikt (nawet Makłowicz podczas programu) jej sobie nie odmówi :) Uwierzcie mi na słowo!

photo 1-4 photo 2-4Cały tydzień składał się z kilkugodzinnych sesji, w prawie każdej była sauna i piwna kąpiel. Poza tym uwielbianym przez nas standardem były takie zabiegi jak: oliwienie całego ciała, masaż gorącymi kamieniami, aromaterapia z paleniem świec, maski drożdżowe, terapia światłem, masaże stóp i całego ciała w specjalnych fotelach itp. Jeden dzień spędziliśmy w morskich łaźniach, gdzie sauna była w morskich klimatach, z bryzą, niebieskimi światełkami „na niebie” i szumem morza. Dostaliśmy też mydełka z morza martwego, po użyciu których piekło nas całe ciało. Para otwierała pory, do których dostawała się sól i to miało chyba te pory oczyszczać – nie wiem :P W łaźniach otrzymaliśmy jeszcze poczęstunek składający się z  suszonych pomidorów, oliwek, fasolki, nadziewanych papryk itp. Za dużo było na talerzu, aby wymieniać. Na koniec czekała nas relaksacja  z odgłosami delfinów i oczywiście wyświetlanym filmem z pływającymi delfinami właśnie :)

Cały pobyt uważam za bardzo udany, choć nie muszę Wam mówić, że było troszkę alkoholowo. Niestety kiedy zaczyna się pić o godzinie 14.00 (przeważnie o tej godzinie zaczynały się zabiegi) to kiedy ok 19.00 wracaliśmy do hotelu padaliśmy często na „małą drzemkę”, która kończyła się rankiem następnego dnia :)

Poza SPA byliśmy na kręglach i tam piłam mohito x 3 – nie mogłam sobie odmówić takiej ilości, ponieważ płaciłam za nie ok 8 zł, a nie różniło się niczym od mohito np. w Zatoce Sztuki w Sopocie, gdzie jeden drink to koszt 35 zł… Odwiedziliśmy jaskinie, manufakturę świec, gdzie zostaliśmy oprowadzeni po całej wytwórni, muzeum samochodów TATRA i wjechaliśmy wyciągiem ławeczkowym na górę, gdzie stoi Bożek Radegast :)
photo 4photo 1photoPrzerażona ja kiedy ławeczki ruszyły :)photo 2photophoto 3photo 3-1Ciekawym zjawiskiem na górze, po drodze do bożka Radegast’a były ułożone w ten sposób kamienie. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak ułożonych „kupek” było mnóstwo. My „na wszelki wypadek” też ułożyliśmy sobie jedną taką :)photo 5W piątek pojechaliśmy do Pragi na jedną noc, a następnego dnia pojechaliśmy do Drezna. Po zakupach (3 skrzynki niemieckiego piwa dla mojego męża, proszki i mój słodki expres Dolce Gusto) mieliśmy wrócić do hotelu i się wyspać. Skończyło się inaczej i postanowiliśmy się spiąć i wrócić do Gdańska jeszcze tej samej nocy. Do Kotika. Dzięki temu mieliśmy całą niedzielę na rozpakowywanie się, prania i powrót do naszej gdańskiej rzeczywistości. Do Gdańska dotarliśmy przed 2 w nocy. Po wniesieniu wszystkich rzeczy i powitaniu z Kotikiem, którym opiekowała się nasza znajoma Ania, w kończu poszliśmy spać :D

 Czechy są piękne, w ogóle niekomercyjne, co naprawdę potrafi urzec.photo 5-1 photo 3-2 photo 2-3 photo 2-2 photo 1-3 photo 1-1Do następnego:*

francja – ciąg dalszy wspomnień

Kochani,

Wiem, że bardzo długo nie pisałam; przez około trzy tygodnie nie zabrałam się nawet do napisania drugiego postu z Francji (kończącego serię relacji). Niestety moje problemy zdrowotne przeciągnęły się i nie byłam w stanie… Wszystkiemu winny ból. Po jednym zabiegu straciłam przytomność i upadłam na twardą posadzkę. Baliśmy się, że do moich dolegliwości dojdzie jeszcze wstrząs mózgu, ale na szczęście obyło się bez szpitala. Niestety po upadku poza szyją, bolała mnie jeszcze lewa strona głowy, o ogromnym guzie, który utrzymał się jeszcze tydzień nie wspominając – wtedy nawet leżenie było wyzwaniem.

Pewnie niektórzy pomyślą, że właśnie podczas zwolnienia lekarskiego powinnam pisać więcej (w końcu przeleżałam ten czas w łóżku) – niestety w moim przypadku nie było to możliwe. Ani psychicznie, ani fizycznie nie czułam się na siłach.

Koniec smęcenia, nadszedł w końcu czas na dokończenie relacji z mojej francuskiej przygody :-) Nie będę Was zanudzać opisami (ułatwię też sobie pracę) i zrobię foto relację – a co :-)

imageJa z Joy po pysznym francuskim śniadaniu w naszej ulubionej knajpce niedaleko hotelu.

image

imageTakie przekąski umilały nam czas. Mój mąż przyniósł mi truskawki do hotelu na „kolację”.imagePrzepiękna galeria lafayette w Paryżu – robi wrażenie :)imageimageZnaleźliśmy w końcu sklep MUJI (znam go z Oxford Street z Londynu) i zrobiliśmy skromne zakupy.imagePo zakupach pojechaliśmy pod ogromny wieżowiec znajdujący się w centrum Paryża – Montparnasse. Wjazd na punkt widokowy – 53 piętro – kosztował jedyne 15€ (warto o tym pamiętać, gdyż wjazd na wieże Eiffel’a kosztuje chyba ok 40€ i trzeba czekać w kilkugodzinnej kolejce). Kolejnym plusem jest to, że z wieżowca widać wieżę, a z wieży nie :P imageKolejnym przystankiem była kolacja – czyli to co Kasia lubi najbardziej :) Panował ogólny tłok, mnóstwo restauracji było obładowanych, ale mój mąż wypatrzył niewidoczny dla mnie szyld i powiedział: „tam zjemy” :) To była dobra decyzja!image image image imageimageCo tu dużo pisać… Pyszne jedzenie, wspaniałe towarzystwo, wino i crème brûlée :) Do szczęścia nie brakowało mi niczego więcej!

Kolejny dzień (sobota 31.05.2014) przyniósł nam tak samo wiele wrażeń jak poprzedni. Był tak samo słoneczny i pyszny. Zacznijmy od boskiego śniadania: moja ukochana, krucha bagietka z zapiekanym serem, jogurt z malinami lub truskawkami (kupowałam je naprzemiennie:P), sok pomarańczowy i kawa…image imageWiecie, że bagietki w Paryżu smakują zupełnie inaczej niż np. w PL? Kiedyś Agnieszka T. przekazała mi tę rewelację po wizycie we Francji – uznałam to za bzdurę. Wtedy… teraz niestety zgadzam się z nią i smutna się robię na myśl, że kolejny raz muszę lecieć do Francji, aby zjeść tak pyszne, kruche pieczywo… imageJeszcze raz boskie schodki w moim uroczym hoteliku w trzeciej strefie :) To nie mozaika, to dywan, ale ma swój urok :PimagePocztówki – konieczny element każdej podróży :) image imagePrzerwa na czerwone wino pod muzeum technologii, gdzie znajduję się piękna lustrzana kula. We Francji picie alkoholu w miejscach publicznych jest dozwolone. Choć jak przejeżdżała obok nas tamtejsza straż przyznam, że się bałam… Skinęli nam głową i pojechali :)image imageŻeby nie było, że nie byliśmy pod wieżą Eiffel’a. Poniżej kilka zdjęć francuskich uliczek :)image image image image image image imagePrzeszliśmy spory kawałek od wieży do restauracji. Byłyśmy z Joy tak zmęczone, że tylko dobry humor mojego męża dawał nam nadzieję, że w końcu jakąś dobrą restaurację znajdziemy.imageZamówiliśmy startery do podziału (tak lubię najbardziej, od zawszę twierdzę, że najlepsze danie główne to takie, które składa się z 10 mini porcji o różnych walorach smakowych). Caprese, frytki i croque-monsieur. 8 lat temu podczas wakacji pracowałam we francuskiej restauracji, gdzie jednym z moich ulubionych dań był właśnie croque-monsieur – bardzo chciałam powrócić do tego smaku i udało się :)image imageKrzyś z Joy zamówili szaszłyki z ryżem, a ja przeboską rybę z przeboską (czyżbym się powtarzała…) zieloną fasolką szparagową :) Kiedy już byliśmy upojeni winem, prawie najedzeni i cały czas szczęśliwi poprosiliśmy panią kelnerkę o wspólne zdjęcie. Niestety Krzyś nie zmieścił się na mini kanapie i zaświtała mu inna „pozycja”. Przynajmniej było śmiesznie :PimageNa koniec kolacji Joy mnie podpuściła i wyciągnęła ode mnie, że nigdy nie jadłam ślimaków. I tak pojawiły się na naszym stole… Reszty historii Wam zaoszczędzę :)image I tak skończyla się moja francuska przygoda hotelowym śniadaniem poniżej :)image imageDo następnego :*

dużo się ostatnio działo… oj dużo…

Kochani,

Nie pisałam dość długi czas, myślę, że nazbierało się około dwóch tygodni. Oczywiście nie dlatego, że o Was zapomniałam :) Miałam tak dużo rzeczy do zrobienia, że w końcu (teraz) mój organizm się zbuntował i powiedział dość. Leże w łóżku na L4, z kołnierzem ortopedycznym na szyi i na lekach przeciwbólowych i przeciwzapalnych. Tak to się czasem kończy, kiedy ktoś jest zbyt aktywny i nie ma choćby jednego wieczoru na regenerację sił…

Zaczęło się od tygodnia przed moim dwudniowym urlopem, kiedy każdego dnia poza pracą miałam „coś”, np. spotkania blogerów, kabaret LIMO, spotkania ze znajomymi czy  z kobietami sukcesu dot. PR i tworzenia logo własnej firmy czy bloga. Trochę tego było, ale były to raczej bardzo przyjemne rzeczy. Aby być wszędzie obecna i miło spędzać czas wychodziłam codziennie ok 7.30 z domu i  każdego dnia wracałam po 22.00.zdjęcieja z Joy

Kilka dni przed urlopem musiałam zrobić zaległe pranie,  spakować się, posprzątać całe mieszkanie przed wyjazdem  i przyjazdem naszego gościa. W nocy ze środy na czwartek spałam 2,5h i ok 3 nad ranem musiałam wstać, aby dojechać na lotnisko. Samolot do Paryża startował po 5 rano. Dlaczego lecieliśmy do Paryża? To naprawdę złożona historia :)

Historia z Paryżem zaczęła się ok roku temu kiedy to do w drodze do USA, dokładnie między New Yorkiem a Phoenix w samolocie obok mnie i mojego męża usiadła starsza Wietnamska kobieta – Joy. Przegadała z moim mężem ok kilku godzin. Okazało się, że ona również pracowała w Intelu (w latach 1975-1977). Pod koniec podróży zaprosiła nas do siebie na kolację – prawdziwą wietnamską zupę i sajgonki.

Mówiąc szczerze byłam w szoku taką gościnnością od obcej kobiety. Wymieniliśmy się telefonami i każdy poszedł w swoją stronę. Nie spodziewałam się, że zadzwoni. A jednak :) Amerykańska otwartość nie po raz pierwszy dała o sobie znać. Kilka dni po telefonie od Joy pojechaliśmy do jej domu za Phoenix i zjedliśmy najpyszniejszą wietnamską kolację ever :) Relacja z tego wydarzenia znajduje się TU. Wiem, że wcale ładnie nie wyglądałam w tak jasnych włosach :P

Będąc w USA spotkaliśmy się z Joy jeszcze jeden raz i zjedliśmy kolację w amerykańskiej restauracji Black Angus z najlepszymi stekami na świecie! Podczas rozmowy wyszło na jaw, że Joy jedzie w następnym roku do Francji na finały rozgrywek w tenisa – Roland Garros. Ustaliliśmy (troszkę poza mną, bo mój angielski nie był wtedy tak komunikatywny jak się okazało ostatnio), że my również odwiedzimy w tym czasie Paryż, spotkamy się z Joy, a nawet przed finałami zabierzemy ją na kilka do Polski.

Tak też się stało :) Joy jutro wyjeżdża z Polski z powrotem do Francji na finały – będziemy je oglądać i wypatrywać jej w telewizorze – trzeci rząd przy prawym rogu boiska :)

Relację z Paryża przedstawię jak będę mogła dłużej usiedzieć przy komputerze (czyli jak kolejne leki przeciwbólowe zaczną działać), wtedy też wszystko dokładnie opisze. Nie będzie tego dużo, bo we Francji spędziliśmy jedynie 3 dni :)

Miłej nocy i trzymajcie za mnie kciuki, aby moja szyja przestała tak mocno boleć i abym mogła zasnąć tej nocy.

Do następnego:*

uk / southend on sea

Kochani,

Ostatni tydzień spędziłam u siostry w Anglii. Poleciałam w towarzystwie drugiego mężczyzny mojego życia – taty :) Miejscowość, w której mieszka moja siostra z Martinem i ich słodkim dzieciaczkiem Archim to Southend-on-Sea. To nadmorskie miasto z najdłuższym molem na świecie! Agnieszka mieszka ok 30 metrów od morza. Miejsce wyjątkowe, ponieważ leży nad ujściem rzeki Tamizy do Morza Północnego. Co kilka godzin można zaobserwować odpływy i przypływy. Na poniższym zdjęciu widać morze podczas odpływu, gdzie statki wbijają się w miękkie podłoże. Widok na żywo niesamowity! Nad samym morzem stają tzw. domki na nóżkach. Na drugim zdjęciu widać ich tył, z przodu „wchodzą” w morze i stoją na palach.MG_2801 MG_2830źródło

Miałam na bieżąco pisać posty, nawet kilku osobom to obiecałam. Niestety nie dotrzymałam słowa :P Czas spędzony w UK był tak aktywny od samego rana do późnego wieczora, że ciężko było choć na chwilę otworzyć komputer. Na pisanie postów nie starczyło siły. Wciąż pamiętam widok słodkiego Archie’go w swojej ślicznej piżamce w pionowe granatowe paski, który o 7 rano stawał w drzwiach do naszego pokoju i czekał aż go zauważymy i zaczniemy wołać :) Widok nieziemsko słodki – jak cały Archie :)

zdjęcie 4 copyDumna ciocia i dumny dziadek ze słodkim Archimzdjęcie 5 copyEnglish breakfast w kafejce nad brzegiem Morza Północnego.zdjęcie 1 copyPunkt widokowy na najdłuższe molo na świecie i wesołe miasteczko, z którym współpracuje Martin animując filmy rysunkowe promujące właśnie to miejsce :)zdjęcie 5Tak opancerzona chodziłam na spacery, ale przy tak silnym wietrze inaczej się nie dało :Pzdjęcie 1zdjęcie 3Jak słodko się wgryzam w muffinkę :)zdjęcie 2 copyKasia z dziadkiem puścili rodziców na randkę i bawiliśmy się bite 2h bez świnki Peppy – brawo dla cioci Kasi!

Jutro zdjęcia z sesji babeczkowej!

Do następnego :*

polska, wiele 2013 – kilka wspomnien

Kochani,

Ostatni weekend spędziłam w cudownym miejscu. To był mój pierwszy wspólny biwak z młodszą siostrą :D Screen Shot 2013-08-18 at 6.32.31 PMByliśmy w Wielu niedaleko Kościerzyny; http://www.wiele.com.pl/. Może nie przypominało ono ekskluzywnego hotelu, ale za to jezioro było czystsze od niejednego usytuowanego na zewnątrz basenu,Screen Shot 2013-08-18 at 1.23.15 PM Screen Shot 2013-08-18 at 1.23.01 PM las od niejednego centrum miasta, Screen Shot 2013-08-18 at 1.18.03 PMa powietrze pięknie pachniało drzewami iglastymi.

Screen Shot 2013-08-18 at 1.18.36 PM

Pogoda nam dopisała, ponieważ nawet w nocy wystarczyły długie leginsy i bluza z kapturem. Pobyt umilała mi super książka – 3 z serii o asystent kryminalnej Louise Rick (część trzecia opowiada o dochodzeniu w sprawie zamordowanej 15letniej Jemence – najprawdopodobniej chodzi o zabójstwo honorowe).Screen Shot 2013-08-17 at 7.33.21 PM Screen Shot 2013-08-17 at 7.31.56 PMW sobotę od samego rana świeciło słoneczko, więc zaraz po porannym prysznicu i śniadaniu udaliśmy się  Krzysiem na piękny pomost, aby tam sobie poleżeć, odpocząć, zrelaksować się i może nawet opalić :P Na tej ławce, ostatniej nocy, oglądaliśmy niebo. Dawno nie widziałam tak wielu gwiazd. Wspomnienie niezapomniane…Screen Shot 2013-08-17 at 7.31.42 PM Screen Shot 2013-08-18 at 1.09.48 PM Screen Shot 2013-08-18 at 1.15.58 PM Screen Shot 2013-08-18 at 6.34.01 PMNa pomoście leżeliśmy do około 12.30 :) Spędziliśmy wspaniały czas ze znajomymi i cudowną 2letnią Polą :) Nie mogę zapomnieć jej małych stópek, które wyglądały przeuroczo w moich japonkach :P Cudownie było też naśladować z nią odgłosy zwierząt. Mój Krzyś został nawet jednodniowym bohaterem, ponieważ wskoczył do lodowatego jeziora (mnie oswojenie z wodą zajęło ok 20 minut) i popłynął wyłowić strącony przez wiatr różowy kapelusik Poli :) Ach ten mój bohater :P Potem przyjechali do nas nasi cudni znajomi. Rozpaliliśmy grilla nad jeziorkiem,
Screen Shot 2013-08-18 at 1.16.36 PM Screen Shot 2013-08-18 at 6.32.51 PMwypiliśy piwko Screen Shot 2013-08-18 at 1.10.17 PMi dalej się relaksowaliśmy :) Po 15.00 wybraliśmy się na rowerki wodne. Kiedy część naszej grupy wypłynęła nie czekając na nas zrobiliśmy im mały żarcik. Pan udostępnił mi megafon i nakrzyczałam na nich z brzegu :P Zrozumieli, że to do nich (i że to tylko żart, a nie nakaz ewakuacji), kiedy krzyknęłam „niegrzeczni rowerkowicze” :PScreen Shot 2013-08-18 at 1.17.01 PMNie muszę pisać jak wspaniale się bawiliśmy na rowerkach wodnych. Oczywiście nie obeszło się bez jedzenia chipsów i picia piwka (nie pochwalam oczywiście picia na sprzęcie wodnym, ale na swoje usprawiedliwienie napiszę, że to nasi panowie pedałowali, poza tym wszyscy byliśmy w kapokach). Było cudownie!Screen Shot 2013-08-18 at 1.21.55 PMScreen Shot 2013-08-18 at 1.17.18 PM
Screen Shot 2013-08-18 at 1.22.38 PMScreen Shot 2013-08-18 at 6.32.12 PM Screen Shot 2013-08-18 at 6.34.28 PMMała przerwa na kąpiel na środku jeziorka :)

Na ten wyjazd odważyliśmy się wziąć Kotulka. Miał zapewnione wszelkie wygody :) Na smyczce latał w okół domku i ogólnie robił furrorę :PScreen Shot 2013-08-18 at 1.17.37 PM Screen Shot 2013-08-18 at 1.16.17 PMW niedziele w sumie poza pakowaniem i pożegnaniem nie zrobiliśmy nic szczególnego. Screen Shot 2013-08-18 at 1.22.16 PMMusieliśmy wracać wcześniej niż reszta, bo dziś też musimy zacząć przygotowania do cyklinowania naszego mieszkania. Będzie hardcore… Ale Wy się nie martwcie, jakoś sobie poradzimy z tym bajzlem :P

Do następnego :*

phoenix -> chicago -> monachium -> gdansk

Kochani,

W dzień wylotu wstaliśmy bardzo wcześnie, bo o 6 am. Ogarnęliśmy wszystkie bagaże, wzieliśmy prysznice i zjedliśmy śniadanie. Krzyś wstał jeszcze wcześniej, ponieważ przed prysznicem chciał zanieść do samochodu wszytkie 5 walizek (1 ogromna, 2 duże i 2 podręczne). W takiej temperaturze wożenie takich ciężarów powoduje wydobycie się z organizmu hektolitrów potu :) Śniadanie było przepyszne – najlepsze jakie jadłam w amerykańskim hotelu. Zamówiłam omlet, którego pan przyrządził na moich oczach; ponadto owoce, jogurt z takimi kulkami smakowymi i świeżowyciskany sok pomarańczowy :)Screen Shot 2013-07-30 at 6.02.46 AMTak, przed wyjazdem miałam pięknie wyprostowane włosy, co oczywiście potem uległo zmianie :PScreen Shot 2013-07-30 at 6.04.01 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.02.31 AMPo śniadaniu pojechaliśmy na lotnisko. Załatwiliśmy wszystkie formalności, pożegnaliśmy się z Markiem i udaliśmy do senator lounge’u (mój Krzyś ma jakiś tam status i złotą kartę za dużą ilość przelecianych mil, więc ma dostęp do takich exkluzywnych poczekalini – a ja dzięki niemu też). Tam na szczęście był internet, więc mogłam nadrobić zaległości, na które nie znalazłam czasu przed wylotem. Wylecieliśmy o 11.25 am (czasu AZ). Przyznam się Wam szczerze, że nie pamiętam co dokładnie robiłam podczas pierwszego 2,5godzinnego lotu. Ja chyba dokończyłam film „360. Połączeni”, a Krzyś dokończył czytać książkę „iWOZ”. Po wylądowaniu w Chicago, kolejny lot mieliśmy po 3,5 h o 8.50 pm (czasu Chicago). Czas spędziliśmy bardzo miło :) Kto by się spodziewał, że na lotnisku można zrobić tyle fajnych rzeczy :) Po pierwsze udaliśmy się po kawę i ciastko cynamonowe (ponoć Chicago z tego słynie):Screen Shot 2013-07-30 at 6.03.49 AMPo posileniu się zaczęliśmy „zwiedzać” lotnisko, które jest bardzo duże. Odwiedziliśmy nowy terminal wybudowany specjalnie dla jakiegoś amerykańskiego przewoźnika. Po drodze zauważyliśmy śliczne, artystyczne ławki zrobione przez młodych artystów.Screen Shot 2013-07-30 at 4.18.40 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.01.13 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.00.33 AMTen akapit dotyczy bardziej dziewczynek (na szczęście zdjęć brak) :P

Co ciekawe (chociaż nie dla każdego :P) poszliśmy z Krzysiem do toalety :) Hihi, śmiesznie, że o tym wspominam, ale pamiętajcie wszystko ma swój cel :D Chodzi mi o to, że zobaczyłam tam genialne rozwiązanie dla miejskich toalet. Tak proste, a tak GENIALNE, że aż brakuje słów. Chodzi o to, że deska klozetowa (każdy wie jak wygląda) w publicznych toaletach jest niehigieniczna. Nie można na niej usiąść itp. W tej toalecie deska klozetowa owinięta była folią. Krzyś uświadomił mnie, że wystarczy nacisnąć guzik, aby ta folia (na której ktoś wcześniej siedział) została wciągnięta przez mechanizm, a nowa, świeża, higieniczna została naciągnięta z powrotem na deskę klozetową :) Byłam w szoku :) Rewolucyjne rozwiązanie, ale kiedy coś takiego będzie w PL? Boję się zastanawiać…

Po tym rewolucyjnym doświadczeniu poszliśmy coś zjeść. Znaleźliśmy niedrogą knajpkę, która o dziwo miała nawet obrusy (na lotniskach przeważnie są zwykłe knajpy i barowe stoliki). Zamówiłam sałatkę, Krzyś sandwich’a z frytkami i po piwku.Screen Shot 2013-07-30 at 6.10.50 AMNa obrusie leżały jeszcze płaty papieru. Czekając na zamówienie dałam się ponieść i porysowałam sobie trochę :DScreen Shot 2013-07-30 at 6.11.51 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.14.56 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.13.10 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.12.54 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.12.14 AMIdąc już w stronę lounge’u Krzyś zobaczył obrzydliwą maskotkę za kilka dolarów. Pośmialiśmy się z jej „tandetności” i za chwilę po nią wróciliśmy. Uznaliśmy, że będzie to idealny prezent dla naszego Kotula, aby się z tym wężem gryzł i bawił :D Wąż sprawdził się rewelacyjnie i kot zdziela go „z łapki”, a potem na niego rzuca :PScreen Shot 2013-07-30 at 7.14.10 AMW lounge’u wypiliśmy po dwa drinki. Ja wybrałam białe wino. Jak staliśmy przy naszym gate’e tuż przed odlotem (jak każda normalna i trochę zrobiona winkiem żona) postanowiłam dać Krzysiowi buziaka. Jedna Afroamerykanka nie omieszkała tego skomentować. Powiedziała coś przemiłego w stylu: „że tym całusem rozdajemy tyle słodkości” :) Mówiłam już Wam jak lubię amerykańską bezpośredniość i chęć komplementowania obcych ludzi? No pewnie, i to nie raz :D

Lot z Chicago do Monachium trwał 9,5 h. W Niemczech mieliśmy wylądować ok 12.30 czasu polskiego. Na szczęście Krzyś za swoje mile (punkty miles&more) wykupił nam upgrade’a na bussiness class’ę. Więc podróż była bardzo wygodna, tym bardziej, że jeszcze przed startem przebrałam się w bluzę i getry! Poniżej widok Chicago nocą, zrobiony zaraz po starcie (telefon był w trybie samolot):Screen Shot 2013-07-30 at 6.06.52 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.07.51 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.13.55 AMW samolocie dostaliśmy jeszcze alkohol. Wypiłam dwa kieliszki białego wina, co w połączeniu z poprzednimi spowodowało lekki kacyk następnego dnia :PScreen Shot 2013-07-30 at 7.14.21 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.14.30 AM
Screen Shot 2013-07-30 at 7.21.00 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.14.40 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.14.49 AMDostaliśmy taką kosmetyczkę lufthansy, w której były przydatne w podróży drobiazgi: skarpetki, szczoteczka do zębów, pasta, stopery, okulary do spania, ochronki na słuchawki i uroczy mały kremik NIVEA :DScreen Shot 2013-07-30 at 7.20.28 AMAby uniknąć jet lag’a musieliśmy zaraz po kolacji pójść spać. Zjedliśmy sałatkę i dwa startery: wołowinę Krzyś, a ja przegrzebki :) Zawsze marzyłam, aby spróbować tych małż (od czasu kiedy oglądałam Hell’s Kitchen Gordon’a Ramsay’a, gdzie zawsze podawali przegrzebki). Na drugie danie zjadłam dorsza (nie przypadł mi do gustu), a Krzyś steka z purre ziemniaczanym. Na deser sernik.Screen Shot 2013-07-30 at 7.15.27 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.15.52 AM
Screen Shot 2013-07-30 at 7.20.08 AM
Screen Shot 2013-07-30 at 7.20.17 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.19.20 AMNa ekraniku oglądaliśmy filmy i słuchaliśmy muzyki. Swoją drogą przy starcie samolotu słuchałam muzyki klasycznej (skrzypce z muzyką elektroniczną chyba). To było piękne: skrzypce, start samolotu, bussiness class’a i widok nocnego Chicago…Screen Shot 2013-07-30 at 7.19.58 AMNa ekraniku widocza była też droga, jaką pokonał samolot. Zdjęcie zrobione chwilę przed lądowaniem w Monachium.Screen Shot 2013-07-30 at 7.22.19 AMNa śniadanie dostaliśmy pyszne bułeczk i dodatki do nich :)

Po wylądowaniu w Monachium mieliśmy ok 3 h do lotu do Gdańska. Startowaliśmy o 15.05. Po przespanej nocy (bussiness class’a jest super), po trudach całej podróży byliśmy już trochę zmęczeni. Postanowiliśmy skorzystać z genialnej opcji w lounge’u i wziąć  prysznic. Dostaliśmy swoją łazienkę (były trzy) i spędziliśmy tam dobre 40 minut. Po prysznicu, zrobieniu makijażu, umyciu zębów i przebraniu się od razu zniknął kac, niewyspanie i zmęczenie :) Posiedzieliśmy troszkę w Internecie i poszliśmy na ostatni lot do Gdańska :)Screen Shot 2013-07-30 at 7.15.15 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.16.06 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.16.21 AM Screen Shot 2013-07-30 at 7.19.05 AMA to zdjęcie już z Gdańskowej płyty lotniskowej :D

Na koniec pokażę Wam jeszcze kika ujęć z lotu ptaka :PScreen Shot 2013-07-30 at 6.07.08 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.07.20 AM Screen Shot 2013-07-30 at 6.08.02 AM

A teraz wracamy do szarej rzeczywistości :)
Do następnego :*