baltazarkowe przyjście na świat – czyli historia mojego porodu

Kochani,

Kolejnym etapem opowiadanej przeze mnie  historii związanej z in vitro jest poród. Mam fajne wspomnienia dotyczące tego wydarzenia.

Data porodu wyznaczona była na 27.11.2015 roku, więc po 26 tc zaczęłam uczęszczać do szkoły rodzenia. W pierwszej kolejności wybrałam się do szkoły przy szpitalu na ulicy Klinicznej w Gdańsku. Uznałam, że tam będę rodzić – jeśli oczywiście będą miejsca. Były to okrojone zajęcia, ale najważniejsze jest to, że zobaczyłam sale porodowe. Spodziewałam się okropnego miejsca w stylu PRL, a zobaczyłam piękne, nowoczesne, odnowione w których aż chce się rodzić :) Szpital na Klinicznej oferuje 4 sale, dwie z nich posiadają własne łazienki z prysznicem. Trafiłam do sali nr 2, co ciekawe kilka miesięcy później poznałam Anię, która również rodziła w tej sali dwa tygodnie przede mną. Moja sala miała prysznic, piłkę, gaz rozweselający, więc była dobrze zaopatrzona.

Czułam niedosyt wiedzy dot. porodu i innych aspektów z nim związanych, więc jako  Gdańszczanka (po zameldowaniu mogę się już tak nazywać) zapisałam się do szkoły rodzenia w Invicta’cie. Szkoła była darmowa dla Gdańszczanek – opłatę ponosił Urząd Miasta.

Trzy tygodnie przed porodem gościłam u siebie mojego chrześniaka Olivierka z jego mama Olgą. Spędziliśmy miło czas, niestety Olivier pod koniec weekendu zaczął kaszleć. Po wyjeździe okazało się, że to zapalenie oskrzeli. Jak się pewnie domyślacie kilka dni później sama byłam mocno przeziębiona i w połączeniu z extremalną zgagą ciążową przeżywałam ciężki czas, szczególnie w nocy. Kiedy w końcu wyzdrowiałam i odzyskałam energię postanowiłam posprzątać cały dom. Zresztą następnego dnia miał przylecieć mój mąż. Nie skończyło się na odkurzaniu i myciu blatów. Umyłam wszystko co mogłam min. fronty szafek; zrobiłam i rozwiesiłam kilka prań. Po całodziennym sprzątaniu, nie wiem skąd, ale nadal dysponowałam energią, więc jeszcze upiekłam ciasto z jabłkami i ugościłam nim moją koleżankę ze studiów. Przegadałyśmy sporo czasu; chyba do godziny 23.00. W końcu poszłam spać.

Następnego dnia uznałam, że się trochę przeforsowałam, gdyż nadal czułam ból kręgosłupa. Miewałam taki zawsze po cięższym dniu, ale rano nie było po nim śladu. Ok 14.00 mąż wylądował na gdańskim lotnisku, o 15.00 dotarł do domu, a kiedy szykowaliśmy się do wyjścia na obiad nagle odeszły mi wody. To był ostatni dzień 35 tygodnia ciąży; piątek 23.10.2015 roku. Nastąpiło to w przyszłym pokoju Baltika, po przyniesieniu przeze mnie prania. Gdy je niosłam z suszarni nagle coś mocniej zabolało mnie w kręgosłupie. Odłożyłam wszystko i usiadłam, aby dojść do siebie, a gdy tylko wstałam odeszły mi wody. Zawołałam Krzysia mówiąc przerażonym głosem „Krzyś, wody mi odeszły…” – w tym momencie moja mina mówiła sama za siebie. Mąż  dobrze wyedukowany ze szkoły rodzenia odpowiedział: „jutro Baltazarek będzie z nami” i mnie przytulił. Popłakałam się z przerażenia. Po minucie wrócił mi odruch planowania i rozrządziłam zadania. Krzyś miał przepakować do walizki przygotowane wcześniej rzeczy tzw. wyprawkę szpitalną. Ja poszłam pod prysznic.

Po odejściu wód wiedziałam, że w ciągu 24 godzin powinnam urodzić. W Polsce nie czekają dłużej, gdyż przez przebitą błonę może wdać się zakażenie i  zagrozić dziecku. Wiedziałam, że niedługo Baltazarek będzie z nami.

Ponieważ Krzyś podczas lotu nieroztropnie pozwolił sobie na dwa drinki musiałam sama odwieźć się do szpitala. Na szczęście nie miałam jeszcze skurczów, więc było to możliwe. Po drodze powiadomiłam przyjaciółkę, że „przez niespodziankowy weekend z mężem” musimy odwołać sesję brzuszkową zaplanowaną na następny dzień. Agnieszka, autorka mojego zdjęcia promującego blog nawet przez chwilę nie pomyślała, że już nie będzie miała czego fotografować; chyba że małego Baltika.

Postanowiliśmy z Krzysiem nikomu nie mówić, że jedziemy rodzić. Nie chcieliśmy dopuścić do tzw. „gorącej linii”; Krzyś był potrzebny mnie. Nie chciałam, aby tracił czas na dziesiątki telefonów z zapytaniem „czy już?”, a dobrze wiemy że dokładnie tak by było. Przemyślcie to drogie Panie :) Ja zdecydowałam się powiadomić tylko moją starszą siostrę, która przez cały czas mnie wspierała i odpowiadała na nurtujące  pytania nie narzucając się. Z tego co pamiętam powiedziałam jej wcześniej, że poza Krzysiem będzie jedyną osobą, która będzie wiedziała :)Facetune 3Jak widać zmieściłam się ze wszystkimi rzeczami w jedną walizkę.

Gdy dojechaliśmy do szpitala miałam cudowny humor. Weszliśmy na izbę przyjęć. Z uśmiechem powiadomiłam, że godzinę temu odeszły mi wody. Porozmawiałam z przemiłą Panią, załatwiłyśmy wszystkie formalności i zaraz po tym czekałam na panią Doktor, która miała zdecydować czy przyjmą mnie do szpitala. Podczas oczekiwania Pani z izby przyjęć powiedziała, że dawno nie widziała tak szczęśliwej rodzącej :) To było bardzo miłe i faktycznie oddawało w całości to jak się czułam. Była najszczęśliwsza, podekscytowana i nie wiem czemu nie miałam w sobie ani odrobiny strachu. Raczej spokój, byłam gotowa na to co ma nadejść. Jak ktoś mi kiedyś powiedział: „jak już się zaczęło, to się kiedyś skończy” – oczywiście myśl dotyczy konkretnie porodu i bardzo mi to pomogło w jego trakcie :)

Pani doktor przebadała mnie i kazała się przebrać w koszulę i szlafrok. Okazało się, że dostałam ostatnie miejsce na oddziale patologii ciąży. Ależ się ucieszyłam, już miałam pewność, że urodzę w szpitalu na Klinicznej, czego od początku chciałam. Wszystko szło jak po maśle. W izbie przyjęć, gdy Krzyś wrócił z samochodu niespodziewanie na jego ubraniu zobaczyłam biedronkę. Jak miało mi to nie przynieść szczęścia? :)

Podłączono mnie do KTG, potem położono do łóżka na oddziale. O 21:00 Krzyś pojechał do domu, mając nakaz spania z telefonem, gdyby się zaczęło i szybko musiałby przyjechać. Przegadałam z dziewczynami 3 godziny (jak to ja) mając skórcze przypominające bóle miesiączkowe. Kiedy poszłyśmy spać; tzn. one, bo ja już bym nie zasnęła. Skurcze były mocniejsze i między 00:00 a 3:00 rano dobrze wiedziałam, że zaczęłam rodzić. Organizm zaczął się oczyszczać, przez te trzy godziny byłam  około 6 razy w toalecie. Skurcze były już tak konkretne, że miałam wrażenie iż każda kropelka moczu mi przeszkadza.

Przed 3:00 poszłam do pielęgniarki/położnej dyżurującej na oddziale poinformować, że mam mocne skurcze. Pokazałam spisaną ich listę, z częstotliwością występowania i czasem trwania. Odpowiedź: „Pani jeszcze nie rodzi, proszę iść spać”. Zaśmiałam się w duchu, bo spanie w takim bólu było po prostu niemożliwe. Wróciłam do łóżka i grzecznie, aby nikogo nie obudzić przeżywałam kolejne skurcze. Gdy 15 minut później przyszła ta sama Pani, aby zmierzyć wszystkim temperaturę akurat miałam skurcz. I całe szczęście, bo gdy była jego świadkiem powiedziała: „Ja już Panią zabiorę na porodówkę, proszę wziąć szlafrok, wodę i telefon”.

Weszłam na salę porodową; a tam cisza. Nie spodziewałam się, że będę rodzić sama. Żadnej innej rodzącej. Wybrano mi wcześniej wspomnianą salę nr 2 z prysznicem i osobną łazienką. Pani Położona była bardzo miła. ok 4:00 rano usłyszałam: „Proszę dzwonić do męża, Pani już nie wróci na patologię…” No to rodziłam. Marzyłam o tym od tak dawna :)

To było niesamowite. I znowu pisząc to mam łzy w oczach… A mój 8kilogramowy brzdąc, urodzony ponad 6 miesięcy temu śpi po mojej prawej stronie w swoim łóżeczku od godziny dając mamie pisać wspomnieniowego posta. Ciekawe czy kiedyś będzie chciał go przeczytać… Kochany Baltiś :)

Przepraszam za dygresję. Wracając do historii porodu. Przyjechał Krzyś, był u mnie może 10 minut od telefonu ubrany w koszulę i eleganckie spodnie. Myślałam że padnę ze śmiechu. Kazałam mu się ubrać w dresy i wziąć klapki, tak jak mówili na szkole rodzenia – „przede wszystkim wygoda” :P Miał dowieźć mi dwie rzeczy: rożek dla Baltazarka i kocyk z nadrukiem misia. A przywiózł… śpiworek do spania dla kilkumiesięcznego dziecka a zamiast kocyka prześcieradełko nieprzemakalne na materacyk :D

Będziemy się śmiać z tego jeszcze bardzo długo :)

Od 3:00 do 6:00 miałam bardzo mocne skurcze. Kiedy Krzyś zaczął w trakcie jednego wycierać mi czoło zwilżoną szmatką przesuwając mi włosy do oczu myślałam, że wyjdę z siebie. Odgoniłam go z tą szmatką jak natrętnego komara. Tego było już za wiele. Po skurczu  powiedziałam: „Kochanie, kiedy mam skurcz Ty mnie nie dotykasz, nie głaszczesz, o nic nie pytasz i w ogóle się do mnie nie odzywasz, ok?” Wytłumaczyłam mu, że to jest taki ból, że skupienie się nad tym co do mnie mówi jest jak niewyobrażalny dodatkowy wysiłek. Zrozumiał i już siedział cicho, przynajmniej w trakcie skurczów :)

Około godziny 5:00 poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Ok 6:00 przyszła Pani Doktor, aby sprawdzić czy jest możliwe to, aby mi je podać. Niestety moje skurcze były za mało intensywne, za krótkie i za rzadkie, przez co akcja porodowa mogłaby osłabnąć, albo co gorsze zaniknąć… Pytam się zatem: „kto wytrzymałby bardziej intensywne, dłuższe i częstsze??? Na pewno nie ja…, w ogóle myślałam, że to niemożliwe”. Pani Doktor uznała, że przyjdzie za godzinę ocenić sytuację i wówczas zdecydujemy czy podajemy znieczulenie czy nie. Godzina między 6:00 a 7:00 została przeze mnie wyparta z pamięci (pewnie domyślacie się, że nie był to najprzyjemniejszy czas w moim życiu). Pamiętam tylko, że otrzymałam (za moją zgodą) oksytocynę i skurcze nabrały na sile. Przez tę godzinę używałam też gazu rozweselającego, który powodował, że miałam po każdym skurczu tak sucho w ustach, że nie mogłam oddychać. Łyk wody zaraz po był jak wybawienie. Wymiotowałam trzykrotnie; to przez oksytocynę właśnie. Podczas tej godziny mąż przydał się najbardziej. Był bardzo pomocny, nie wyobrażam sobie, aby go ze mną nie było.

O 7:00 moja Położna kończyła zmianę i żegnając się ze mną powiedziała: „Pani Kasiu już zaraz koniec”. Miała rację, zaraz po jej wyjściu usłyszałam, że mamy rozwarcie na 10 cm i możemy przystąpić do II fazy porodu; do skurczy partych. „Nareszcie” pomyślałam, gdyż wiedziałam, że II faza może trwać do 2h, ale też może zakończyć się nawet na kilku skurczach :) Naładowana pozytywną energią jakbym ocknęła się z letargu. Inna Pani Położna, która zastąpiła dotychczasową wyglądała na bardziej srogą, konkretną. Powiedziała mi jak powinnam zachowywać się podczas skurczu i na czym polegają skurcze parte. Tak dobrze to zrobiła, że już podczas drugiego skurczu dobrze wiedziałam o co jej chodzi i co mam robić. Nie wiem jak zleciało kolejnych 40 minut… jak sekunda. Po tym czasie zapytałam czy jeszcze długo, a odpowiedź, którą usłyszałam dała mi największego kopa energetycznego w moim życiu: „Widać główkę, Pani synek ma czarne włoski, dużo…” jak się pewnie domyślacie podczas kolejnego skurczu urodziłam :) Nasz synek był taki malutki, że po wyjściu główki, już bez skurczu Pani Położna wyciągnęła resztę jego ciałka. Cóż mogę powiedzieć o tym momencie. Chyba, że to był najszcześliwszy moment mojego życia. Malutki płacząc leżał na moim brzuchu, a ja tylko powtarzałam mu jak bardzo go kocham i jaki był dzielny.Facetune 4Baltazar urodził się 24.10.2015 roku o godzinie 7:45 mierząc 51 cm i ważąc 2465 g, punkty w skali Apgar 10/10.

To nie był koniec dobrej passy. Przewieziono mnie do sali obok na odpoczynek, a mąż odprowadził naszego synka umieszczonego w inkubatorze na oddział neonatologiczny. Wcześniaki muszą być pod szczególną obserwacją. Gdy Krzyś do mnie wrócił  poinformował mnie, że udało się załatwić miejsce w pokoju o podwyższonym standardzie. Na myśl o tym, że będę miała łazienkę w pokoju odetchnęłam z ulgą. Jeszcze wtedy nie wiedziałam jak będzie to ważne mieć ją blisko łóżka. Podczas pierwszego prysznica kilkukrotnie prawie traciłam przytomność, więc odbywał się on na raty. To było zdecydowanie najtrudniejsze zadanie tego dnia; oczywiście nie wliczając porodu. W szpitalu na Klinicznej dysponują dwoma pokojami o podwyższonym standardzie; jeden jednoosobowy i drugi dwuosobowy; do niego trafiłam. Była w nim przede wszystkim łazienka, fotel do karmienia i lodówka.

Przyniesiono mi śniadanie: 4 kromki chleba, masło i 4 plasterki wędliny i wiecie co? To było najsmaczniejsze śniadanie mojego życia! Możecie nie wierzyć, ale to 100% prawda. Było wyborne i tak bardzo mnie w tym momencie uszczęśliwiło, że sama nie jestem sobie w stanie tego wyobrazić. Obdzwoniliśmy rodzinę przekazując dobre wieści. Nikt nie mógł uwierzyć, a moja mama zrobiła to dopiero gdy wysłałam jej MMS ze zdjęciem Baltika.

W tym momencie napisałam też SMS i wysłałam zdjęcie naszego synka do najwspanialszej Pani Doktor Joanny Szczyptańskiej, która prowadziła moje zmagania z niepłodnością i wiem, że to dzięki niej nasz Cud miał szansę się urodzić.

Jejku jaka ja byłam szczęśliwa…

Tego dnia mój mąż kupił też 4 ogromne bukiety kwiatów i zaniósł je przemiłym Paniom na izbie przyjęć, na oddział patologii ciąży, na porodówkę i na oddział neonatologiczny dla Pań położnych za dotychczasową opiekę nad naszym synkiem, który grzecznie spał w inkubatorze.FacetuneBaltazarek spędził na oddziale 10 dni, w tym pierwsze dwie doby w inkubatorze (podczas pierwszej doby życia miał jeden bezdech, stąd konieczność stałej obserwacji). Po tym czasie dostał przenośne łóżeczko na kółkach. Gdy dowiedziałam się, że będzie przeniesiony do łóżeczka oczywiście popłakałam się ze szczęścia.

Jejku jaka ja byłam szczęśliwa…

Po dwóch dobach zostałam wypisana ze szpitala. Mój mąż tego dnia około 6 rano miał samolot do pracy – nikt nie przypuszczał, że urodzę tak wcześnie, a wolne miał ustalone dopiero od 15.11.2015-31.12.2015.

Ze szpitala odebrał mnie nasz kolega Arek, za co będę mu wdzięczna do końca życia. Po zaniesieniu rzeczy do domu, przebrałam się szybko i od razu wróciłam do szpitala. Niestety auto mi nie odpaliło. Straciłam 15 minut licząc, że magiczny chip zadziała i będę mogła ruszyć. Popłakałam się i wezwałam taksówkę. Gdy do niej wsiadłam łzy ciekły mi jak z kranu i mimo, że normalnie rozmawiałam z kierowcą one nadal ciekły. Ach te hormony; uwierzcie mi to było bardzo śmieszne. Nie mogłam tego powstrzymać.

Przez kolejne 8 dni jeździłam do synka. W szpitalu codziennie byłam ok 7:00, a do domu wracałam po 20:00. W tym okresie sporo czasu spędziłam w szpitalnym pokoju laktacyjnym, gdzie wszystkie mamy (szczególnie te dzieci z oddziału neonatologicznego i oiom’u) ściągały mleko dla swoich skarbów. Ten pokój to pewnego rodzaju fenomen. Miejsce, gdzie śmiałyśmy się do łez, ale też płakałyśmy; szczególnie gdy pojawiała się mama dziecka z oddziału intensywnej terapii noworodka i opowiadałam nam  swoją historię. Tych też było kilka i wbijały w fotel. Nie będę ich przytaczać…

Po 10 dniach po porodzie nasz drugi dobry kolega odebrał mnie i Baltazarka ze szpitala. Sama nie mogłam tego zrobić, ponieważ gdy ja bym prowadziła kto opiekowałby się moim małym Cudem? Musiałam mieć kogoś do pomocy. I tak 2.11.2015 trafiliśmy do domu :)

W kolejnym poście wspomnienia z tego okresu.

Dziękuję, że ze mną jesteście:*

Do następnego.

 

ciąża in vitro w zdjęciach USG

Kochani dziś więcej zdjęć niż tekstu :)

Poniżej znajdują się ważniejsze zdjęcia USG z przebiegu mojej ciąży przedstawiające niewiarygodną drogę jaką przebył mój synek wewnątrz mnie. Cały czas nie mogę pojąć jak w ciele kobiety powstaje coś tak idealnego z czegoś co jest niewidoczne gołym okiem. Dzięki sprzętowi, który posiada Klinika Invicta nie dość, że udało się usłyszeć serduszko 28 dnia (02.04.2015) od momentu zapłodnienia (06.03.2015), ale też poznać płeć, kiedy maluszek miał zaledwie 2,5 miesiąca (25.05.2015). Nie jest to post sponsorowany kliniki, to taki wyrażający wdzięczność za powstanie cudu, największego w moim życiu. Metoda In Vitro jest niesamowita, daje ludziom coś, czego nie można zmierzyć żadną miarą. Screen Shot 2016-04-14 at 6.08.00 PMPatrząc na te zestawienia zdjęć sama nie mogę pojąć jak to możliwe, że Balti jest taki podobny.  To śliczny  profil mojego synka :)Screen Shot 2016-04-14 at 3.41.48 PMCudowna, malutka prawa rączka i piękne paluszki. Mój synek mimo, że jest wcześniakiem, pięknie przybrał na wadze, co widać goły okiem :P Obecnie około 8 kg.
Screen Shot 2016-04-14 at 8.47.15 PMTo jedno z moich ulubionych zdjęć USG z 15 tc; Balti był jeszcze taki malutki… To po prawej też zresztą uwielbiam; taki ciupinek…
Screen Shot 2016-04-14 at 6.42.04 PMJakiś czas temu podsłuchałam Krzysia, który przebierał Baltikowi pieluszkę. W celu zwrócenia uwagi synka (Balti to energia sama w sobie) zaczął mu śpiewać piosenkę.  Była tak urocza, że do tej pory ją sobie podśpiewuję. A brzmiała mniej więcej tak: „…nóżki, dwie nóżki, kto ma takie piękne nóżki, nóżki, dwie nóżki, kto ma takie piękne nóżki…” – to było rozbrajające :)           Screen Shot 2016-04-14 at 8.51.58 PMKolejne zdjęcie 3D miałam zrobione w 21 tc. Słodycz sama w sobie; śpiący Baltik :)Screen Shot 2016-04-14 at 6.05.31 PMJedno z bardziej idealnych zdjęć USG przedstawiające mojego synka. Widać całe jego idealne ciałko, a nawet kręgosłupik.
Screen Shot 2016-04-14 at 8.56.16 PMW 31 tc kolejne zdjęcie 3D. Ledwo go widać, bo pod koniec ciąży wtulił się mocno w łożysko. Najwyraźniej tak mu było dobrze, że późniejsze próby nagrania filmiku czy zrobienia innych zdjęć było wręcz niemożliwe, albo… wychodził na nich jak mały przerażający stworek :P

To byłoby na tyle :)

W kolejnych postach opisze przygotowania do porodu i sam poród w Szpitalu przy ulicy Klinicznej w Gdańsku.

Do następnego :*

przebieg ciąży po in vitro

Kochani,

Jestem szczerze zdziwiona, że nasza historia wywołała w Was takie emocje. Nie spodziewałam się aż tylu pozytywnych komentarzy, wiadomości prywatnych i telefonów. Nie byłam świadoma, że będziecie pisać o łzach, które pojawiały się podczas czytania ostatniego posta. Rozumiem, że cała historia przeczytana w 15 minut może spowodować natłok emocji. Przynajmniej teraz zdaje sobie z tego sprawę. Musicie jednak wiedzieć, że na przeżycie każdego etapu precesu IVF mieliśmy sporo czasu. Każdy etap był przez nas przeżywany, czasem też opłakiwany; wiadomo tego typu zmagania nie należą do łatwych.

Rozpisałam się, kiedy mój synek śpi słodko uwieszony na mnie w tuli. Miałam Wam tylko podziękować, a wyszedł całkiem spory akapit. W każdym razie dziękuję za wszystko; za wsparcie, ciepłe słowa i otuchę. Jesteście wspaniali.

Poniżej dalsza część naszej historii pisana na raty, każda matka zrozumie dlaczego :)

Po informacji, że jestem w ciąży nasza walka się jeszcze nie skończyła; zaczął się jej nowy etap – o jej utrzymanie i pozytywny przebieg. IMG_3580

Pozytywny test ciążowy :)

Tak jak już pisałam, czekanie i odczytywanie wyników bety (Beta-HCG) było dla mnie bardzo stresujące. Gdy w dniu oddania krwi około południa na koncie online Invicty  pojawiała się zielona kropeczka wiedziałam, że wynik już jest. Moment ładowania pdf’a trwał wieczność. A potem następowała ulga. Po 6 pozytywnych  weryfikacjach następne badania krwi mogły obejść się bez robienia bety. Wówczas ważny był poziom progesteronu i estradiolu.

Przez pierwsze kilka miesięcy ciąży przyjmowałam bardzo dużo leków i zastrzyki clexane 0,6, które rozrzedzały moją krew, co miało duży wpływ na ukrwienie macicy i utrzymanie ciąży poprzez dostarczanie jej potrzebnych składników. Na początku co tydzień, potem co dwa tygodnie miałam wizytę u mojej wspaniałej Pani Doktor Joanny Szczyptańskiej.

Na pierwszym USG widoczny był pęcherzyk i ciałko żółte. Czekaliśmy czy ciałko żółte przeobrazi się w zarodek, a potem czy w zarodku zacznie bić serduszko. Moja Pani Doktor powiedziała, że jak na usg widoczne będzie serduszko statystycznie mam 95% szans na donoszenie ciąży, po trzecim miesiącu szanse wzrastają do 98% (mam nadzieję, że dobrze pamiętam wartości i nic nie przekręciłam).

02.04.2015 miałam kolejne USG. Rano otrzymałam pozytywny wynik krwi; beta pięknie przyrastała (14401 mlU/ml), powinno być też widoczne serduszko. Po wynikach krwi odbyliśmy z Krzysiem przebywającym w Irlandii taką słodką konwersację. IMG_3567

I było :D

IMG_3288

Poniżej zamieszczam dane z przyrostu Beta-HCG w stosunku do ilości dni po transferze. Może komuś się przyda taka skala porównawcza – dotyczy oczywiście ciąż po IVF.

II weryfikacja 17.03.2015 – 10,9 mlU/ml (6 dni po transferze, 11 od zapłodnienia)

III weryfikacja 21.03.2015 – 130,3 mlU/ml (10 dni po transferze, 15 od zapłodnienia)

 IV weryfikacja 27.03.2015 – 2879 mlU/ml (16 dni po transferze, 21 od zapłodnienia)

V weryfikacja 02.04.2015 – 14401 mlU/ml  (22 dni po transferze, 27 od zapłodnienia)

VI weryfikacja 13.04.2015 –  58583 mlU/ml (33 dni po transferze, 38 od zapłodnienia)

Moja ciąża przebiegała bez większych zakłóceń, bardzo o siebie dbałam i uważałam na wszystko co robię i co jem. Nie nosiłam nic ciężkiego. Czytałam książki, nadrabiałam filmy i jeździłam na sopocki ryneczek po świeże warzywa. Po moich doświadczeniach i utracie poprzedniej ciąży zdecydowałam się iść na L4; nastąpiło to dokładnie 8.04.2015 roku.

Podczas badań prenatalnych 25.05.2015 roku, podczas USG dowiedziałam się, że na 90% urodzę synka. Nie zaskoczyło mnie to, ponieważ intuicja mi to podpowiadała :) Byłam szczęśliwa. Postanowiliśmy przed poznaniem płci naszego maleństwa, że jeśli urodzi się dziewczynka ja wybieram imię, jeśli chłopiec wybór należy do Krzysia. Tu akurat nie było się nad czym zastanawiać, decyzja była podjęta – wybrał imię Baltazar. Tak nazywał się jego tata, wspaniały człowiek, bardzo zaradny, mądry i do tego przystojny. Zginął w wypadku samochodowym, kiedy Krzyś miał zaledwie 11 lat. Zgadzam się z nim, że był to najlepszy wybór jakiego mógł dokonać; nie wyobrażam sobie aby nasz synek nazywał się inaczej. Jednak na początku miałam pewne obiekcje; Baltazar Gąbka i te sprawy, chyba rozumiecie :Pkwiatpomaranczy.com6Zdjęcie zrobione na przełomie czerwca/lipca 2015.

Podczas ciąży nie wszystko było różowe. Śmiesznie się złożyło, ponieważ 3 największe dolegliwości trwały około miesiąc. Wszystkie po kolei, jedna po drugiej. Zaczęło się od migren ciążowych spowodowanych większym ukrwieniem całego ciała. Ciśnienie krwi wręcz eksplodowało za każdym razem kiedy wstawałam i uderzało w moją lewą skroń. Czasami tak bolało, że myślałam że nie wytrzymam tego bólu. Po około 3 tygodniach dolegliwości, które w dużej mierze przespałam dowiedziałam się od Pani Doktor, że zażycie jednej tabletki przeciwbólowej w ciąży jest lepsze dla maleństwa, niż  zerowa aktywność i przesypianie bólu w ciągu dnia.  Zażyłam jeden APAP i migreny przeszły jak ręką odjął. Nie cieszyłam się tym za długo, bo po kilku dniach  odkryłam że mam zapalenie spojówek. Na początku bagatelizowałam szczypiące i łzawiące oczy. Kiedy jednak wybrałam się do okulisty dostałam kropelki, które niestety nie pomogły. Na kolejnej wizycie inny ich rodzaj pomógł mi już pierwszego dnia. Kolejną dolegliwością było zapalenie skóry głowy, w niektórych miejscach bardzo mnie swędziała. Dermatolog nie mógł mi przepisać jakichkolwiek leków przeciwzapalnych, ponieważ nie są one dozwolone w ciąży. Zalecił naoliwianie głowy w newralgicznych miejscach i skasował 100 zł. Do tej pory mam niesmak, bo wizyta trwała 30 sekund.

Pod koniec ciąży męczyła mnie również zgaga; czwarta dolegliwość. W najgorszych momentach nie mogłam zasnąć leżąc na płasko. To było straszne. Nigdy wcześniej nie miewałam zgag, więc tym bardziej był to dla mnie szok jak bardzo jest ona uciążliwa. Jedynym lekiem, który przynosił ulgę był syrop miętowy Gaviscon (przyszłe mamucie zapamiętajcie sobie tę nazwę).

FullSizeRender-1

Zdjęcie zrobione na przełomie sierpnia/września 2015.

Podczas ciąży przytyłam 19 kilogramów. Od 7 miesiąca wychodziłam przeważnie już tylko raz dziennie, nie na dłużej niż dwie godziny. Czułam zmęczenie, w ciągu dnia nie obeszło się również bez kilku drzemek. Starałam się słuchać swojego organizmu i całkiem nieźle mi to wychodziło :)

W kolejnych postach zamieszczę zdjęcia USG, opisze poród i przygotowanie do niego; szkoły rodzenia, na które się zdecydowałam, szpital itp.

Dziękuję, że ze mną jesteście :)

moja nadzieja – in vitro

Kochani,

Przez cały okres starań o dziecko zastanawiałam się czy odważę się opisać problem niepłodności na blogu. Jest to bardzo osobista droga, którą przebyliśmy razem z mężem i nie ukrywam, że jest to dla mnie wyzwanie. Postanowiłam jednak upublicznić ten problem, aby uświadomić nieświadomych, aby pomóc tym, którzy tak jak ja pewnego dnia dowiedzą się o chorobie społecznej zwanej niepłodnością, która niesie za sobą mnóstwo bólu i wiele miesięcy walki. Czasem kończy się sukcesem, czasem depresją, poczuciem pustki i przegranego życia…

Większość młodych małżeństw przechodzi przez życie ściśle wyznaczonym torem. Często poddajemy się panującym normom czy też drodze wyznaczonej przez tradycje. Najpierw małżeństwo, praca, mieszkanie i w końcu potomstwo. My z mężem szliśmy tą ścieżką bez większych zakłóceń. Po czterech latach znajomości ślub, oszczędzanie na tzw. wkład własny i powolne poszukiwanie mieszkania – swojego miejsca na ziemi. Po jego zakupie uzgodniliśmy, że dokładnie za rok rozpoczniemy starania o nasze maleństwo.

We wrześniu 2013 roku pełna entuzjazmu ściśle wyliczałam dni płodne, tak aby nie zmarnować choćby jednej szansy na zajście w ciąże. Po sześciu miesiącach starań, zaniepokojona brakiem powodzenia zaczęła mnie męczyć pewna myśl. Myśl o problemach z niepłodnością. Było to zaraz po tym jak podczas spotkania ze znajomymi jedna z nich powiedziała mi, że mam wszystko, o czym ona mogłaby tylko pomarzyć (mieszkanie, męża, dobrą pracę i przyjaciół). Pomyślałam, że faktycznie jestem szczęściarą i zapaliła mi się w głowie czerwona lampka, że pewnie czeka mnie coś co wyrówna poziom szczęśliwości i nieszczęśliwości w moim życiu. Podjęłam wówczas decyzję o wybraniu się do specjalisty od niepłodności. Uznałam, że zrobimy kilka badań i zapewne skończy się na tym, że nadal z czystym sumieniem kontynuowalibyśmy starania o nasze maleństwo.

Po rozmowie z mężem zapisałam się na wizytę  do gdańskiej Invicty. Zapytałam osobę rejestrującą wizyty jakiego doktora poleca, zaznaczając, że zależy mi na czasie. Polecono mi dr Joannę Szczyptańską. Wizytę miałam następnego dnia.

To był 01.04.2014 roku. Pojechaliśmy tam późnym popołudniem, po skończonej przeze mnie pracy. Nie wiem czego się spodziewałam. Na pewno nie złych wiadomości. Raczej uspokojenia, że wszystko jest w porządku i usłyszymy błogosławieństwo na dalsze starania. Po badaniu ginekologicznym przyszłam z powrotem do gabinetu, gdzie czekała Pani Doktor z moim mężem. Usiadłam i usłyszałam pierwszy wyrok w moim życiu – niska rezerwa jajnikowa. Mówiąc prostym językiem w wieku 28 lat powoli wchodziłam w okres menopauzy (jak przeciętna 50latka). Moje komórki jajowe były niewielkich rozmiarów, poza tym w każdym jajniku było ich bardzo mało, były słabe; niezdolne do zapłodnienia w naturalny sposób. Moją reakcją był oczywiście płacz. Pamiętam to jak dziś i nawet pisząc to zdanie zeszkliły mi się oczy – emocje są wciąż żywe, mimo że minęło już tyle czasu. W naszym przypadku inseminacja (metoda wspomaganego rozrodu polegająca na bezpośrednim umieszczeniu w jamie macicy nasienia) nie miała szans powodzenia, jedyną realną opcją na zajście w ciążę było in vitro. Mimo, iż tego dnia był Prima Aprillis, niestety to co usłyszeliśmy nie okazało się żartem, a szkoda…

Tego dnia nasze życie zmieniło się radykalnie, zastanawiałam się czy mamy wystarczająco siły na rozpoczęcie i wytrwanie w tej walce. Targały mną myśli czy taka diagnoza, mimo mojego pozytywnego nastawienia do życia, nie spowoduje u mnie poczucia beznadziejności czy po prostu depresji. Na początku czułam, że poradzę sobie z tą sytuacją, jednak gdy tego wieczoru przeleżałam w łóżku wiele godzin płacząc, już nie byłam tego taka pewna.

Na kolejnym spotkaniu Pani Doktor wytłumaczyła nam na czym polega stymulacja w procesie in vitro, zleciła niezbędne badania i dała czas do namysłu. Badania potwierdziły jej słowa o niskim AMH  (Anti-Müllerian Hormon), więc nie pozostało nam nic innego jak stawić czoła sytuacji.  Zawsze to lepsze niż żyć w nieświadomości.  Pojawiła się nadzieja. Najgorsza była jednak świadomość, że wszystko może trwać w nieskończoność i nie ma pewności czy w ogóle się uda…

Przez najbliższe dwa miesiące czekało nas wiele wizyt, wiele badań i oczekiwań na ich wyniki. Zlecona mi min. badanie AMH (0,43 pg/ml) potwierdzające  niską rezerwę jajnikową, inhibinę B (7,2pg/ml), badania genetyczne (kariotypy i mutacje), szczepienie przeciwko WZW B, cytologię oraz badania infekcyjne. Od pierwszego dnia cyklu miałam też przyjmować tabletki antykoncepcyjne – ovulastan i kwas foliowy 5mg. Hormony TSH i FT4 miałam w normie. Po skonsultowaniu wyników czekała nas wizyta kwalifikacyjna do programu IVF (in vitro fertilisation).

Pod koniec maja, podczas wcześniej zaplanowanej trzydniowej podróży do Paryża przyjmowałam zastrzyki w brzuch – wcześniej wspomnianą stymulację hormonalną. Miała ona na celu tak wzmocnić moje jajeczka, aby podczas ich pobrania tzw. pick-up’u było ich jak najwięcej. kwiatpomaranczy.com15

Mieszanie tych małych buteleczek, których wartość szacuje się na ok 3500 zł był jedną z bardziej stresujących rzeczy, które musiałam zrobić samodzielnie podczas IVF.

Po powrocie z Francji zachorowałam, przewiało mnie okrutnie. Byłam chora, ledwo się ruszałam, miałam również nawrót problemów z kręgosłupem – znowu skończyło się na kołnierzu ortopedycznym. Bolało przeokrutnie. To był ciężki dla mnie czas. Poza tym gościliśmy w tym czasie Joy – naszą znajomą Wietnamkę, którą poznaliśmy w Stanach Zjednoczonych w 2013 roku. Spotkaliśmy się z nią w Paryżu rok później i zabraliśmy na kilka dni do Polski. Podsumowując byłam zmęczona sytuacją, pracą, chorobą, podróżą i chyba wszystkim bez wyjątku.

kwiatpomaranczy.com2

My z Joy podczas wyjazdu do Francji.

9 czerwca 2014 roku pojechałam z samego rana do kliniki na zabieg pobrania komórek jajowych. Zabieg na pełnym znieczuleniu. Od samego rana byłam poddenerwowana, gdyż 2h przed zabiegiem miałam przyjąc antybiotyk (flamexin), jednak po zapoznaniu się z ulotką z przerażeniem odkryłam, że osoby z wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego nie mogą go przyjmować. Jak na złość nie mogłam dodzwonić sie do lekarza dyżurnego kliniki i na własną rękę postanowiłam nie przyjmować leku. Byłam tym faktem jeszcze bardziej zestresowana. Gdy podjechaliśmy pod klinikę otrzymałam informację, iż w takiej sytuacji mam go nie przyjmować. Odetchnęłam z ulgą. W klinice wypełniliśmy potrzebne dokumenty i założono mi welflon; nie było to dla mnie trudne, bo podczas ostatnich dwóch miesięcy krew pobierano mi kilkanaście razy, poza tym robiłam dziennie nawet do trzech zastrzyków podanych domięśniowo (w moim przypadku w brzuch). Następnie udałam się na oddział szpitala jednodniowego. Tam po przebraniu się w koszulę czekałam na zabieg, który przebiegł bez większych zakłóceń, czułam się bardzo dobrze. Powoli dochodziłam do siebie.kwiatpomaranczy.com13

Podczas pick-up’u pobrano mi 8 kumulusów (pęcherzyków zawierających komórki jajowe), z czego jeden okazał się pusty. Chwilę później w labolatorium łączono moje komórki z nasieniem mojego męża za pomocą metody ICSI, czyli docytoplazmatycznemu wstrzykiwaniu plemników. Kilka godzin później, opuściłam oddział szpitala jednodniowego i czułam się wspaniale (to chyba leki użyte do narkozy tak na mnie zadziałały. Niestety zaraz potem poszłam coś zjeść (Krzyś poszedł do apteki wykupić leki) i już po pierwszym kęsie źle się poczulam. Zdążyłam napisać sms’a “wracaj, słabo mi” i straciłam przytomność. Jak na złość bardzo niefortunnie upadłam i uderzyłam się w głowę (nigdy nie miałam tak ogromnego guza). Przez to całe zamieszanie (całkowicie niepotrzebne, bo mogłam jak normalny człowiek wrócić po zabiegu do domu) mieliśmy dodatkowy problem; rozważaliśmy nawet konsultację z lekarzem na SOR’ze. Na szczęście poza ogromnym guzem i sporym bólem towarzyszącym mi przez kilka następnych dni nic poważnego się nie stało – niech to jednak będzie przestroga dla tych, których czeka znieczulenie pod pełną narkozą – nigdy nie przeceniajcie swoich sił po tego typu zabiegach.

5 dni po pick up’ie zaplanowano dla nas transfer zarodków. Zdecydowaliśmy się na podanie dwóch z trzech, które przetrwały do etapu blastocysty (wielokrotnie podzielonej komórki), czyli ostatecznego momentu hodowli zarodka w warunkach labolatoryjnych. Od tego dnia zażywałam też relanium. Podczas transferu podano mi dwa lepiej rokujące zarodki, co trwało zaledwie kilka minut. Po zabiegu miałam przyjmować luteinę, estrofem, kwas foliowy oraz dostawać zastrzyki domięśniowe clexane.kwiatpomaranczy.com11

Pierwszą weryfikację miałam wyznaczoną na 17.06., wówczas wskaźnik beta-HCG wynosił 3,6 (wynik powyżej 5 oznacza ciążę; zagnieżdżenie się zarodka w macicy). Podczas pierwszej weryfkacji jest jednak za wcześnie na wytworzenie się hormonu beta-HCG, najważniejsza była druga weryfikacja wyznaczona na 20.06. Tego dnia z samego rana pojechałam oddać krew; musiałam zbadać zarówno beta-HCG, progesteron i estradiol. Około południa odczytałam wynik z mojego konta online, beta-HCG wynosiła 0,9 mIU/ml.

…płakaliśmy z mężem długo tego dnia (nawet pisząc to mam łzy w oczach, niesamowite jak to wówczas musiało boleć, skoro po prawie dwóch latach pojawiają się łzy).

Przez kolejne miesiące przygotowywałam się do ETM (embriotransferu, czyli transferu mrożonego zarodka). Z każdym miesiącem był on niestety przekładany ze względu na pojawiające się problemy. Okazało się, że moje endometrium (wyściółka ścian macicy) jest za cienka, aby zarodek mógł się w ogóle zaczepić. Minimalna grubość endometrium to ok 8mm, moje wynosiło najwyżej 6,5mm. Zalecono mi histeroskopie – tzw. scratching endometrium. Pierwszy zabieg przeznaczony na początek października przełożono z powodu niedziałającej maszyny do tego typu zabiegów. Kolejny termin został wyznaczony na 27.11 – tę datę zapamiętam z dwóch powodów. Po pierwsze poznałam wówczas Weronikę (leżałyśmy na tej samej sali zabiegowej) i przez cały czas mamy ze sobą wspaniały kontakt. Jest dla mnie taką prawie siostrą (obecnie konsultujemy się w sprawie naszych dzieci, Weronice udało się zajść w ciąże dzięki IVF w styczniu 2015 roku, a mnie w marcu 2015). Drugim powodem dla którego zapamiętam tę datę jest wyznaczony na dokładnie rok później termin mojego porodu…

Na początku grudnia podczas konsultacji z moją Panią Ginekolog okazało się, że endometrium po zabiegu nie zwiększyło się. Postanowiłam, iż podejdę do ETM mimo minimalnej szansy na zajście w ciąże (wolałam wykorzystać nasz ostatni zarodek i mieć jedną szansę na million, niż nie mieć jej wcale…). Do ETM doszło 16.12.2014.kwiatpomaranczy.com9

Drugą weryfikację miałam wyznaczoną na 22.12 i okazało się, że beta_HCG wynosi 9 mIU/ml. Byłam w ciąży…

To były piękne dni, po raz pierwszy w naszym mieszkaniu mieliśmy prawdziwą choinkę, kupiliśmy do niej srebrne ozdoby, zrobiłam też pamiątkowe zdjęcie testu ciążowego. Byłam bardzo szczęśliwa; chyba nikomu nie pokazałam tego zdjęcia do tej pory…kwiatpomaranczy.com5

Mój pierwszy pozytywny test ciążowy.

Po świętach nadszedł czas na 3 weryfikację (112,9 mIU/ml), wszystko szło w dobrym kierunku jednak postanowiliśmy nikomu nie mówić o tym, że jestem w ciąży, że w końcu się udało. To była dobra decyzja, ponieważ podczas 4 weryfikacji wysokość hormonu spadła i wynosiła tylko 35,2 mIU/ml. Doszło do tzw. mikroporonienia… Bajka się skończyła.

Mój świat się zatrzymał. Byłam w takim szoku, że nie do końca rozumiałam co się stało i jakie to będzie miało konsekwencje dla mojego dalszego życia. Wszystko to, co działo się przez ostatnich kilkanaście dni było tak skrajne, że mój umysł tego nie pojmował. W tamtym momencie. Najpierw nieprawdopodobne szczęście, zasypianie z dłońmi na brzuchu, jakiś taki wewnętrzny spokój a teraz nagle wszystko obróciło się jak w pralce podczas wirowania, z podwójną mocą. Było to tak dziwne uczucie, że osoby które nie doświadczyły go nie są w stanie sobie tego wyobrazić i oby nie musiały. Wynik 4 weryfikacji odczytałam będąc na zakupach z mamą w moim rodzinnym mieście. Nogi się pode mną ugieły, świat zawirował. Widać było po mnie, że stało się coś niedobrego, bo mama się zaniepokoiła. Powiedziałam tylko, że odcztałam bardzo złe wyniki krwi; co w sumie było prawdą; były bardzo złe, dla mnie.

Dostaliśmy instrukcję od Pani Doktor, aby powtórzyć wyniki badań. Gdy wynik beta_HCG wyszedł jeszcze niższy pojechaliśmy na “konsultację po niepowodzeniu”. Rozmawialiśmy z lekarzem. Padło pytanie jaki może być powód utraty ciąży. Powodów oczywiście mogło być bardzo wiele, ale w trakcie wizyty Pani Doktor zaproponowała nam, abyśmy zrobili jeszcze jedno badanie – badanie subpopulacji limfocytów. Jestem jej za to bardzo wdzięczna, bo właśnie dzięki tym badaniom udało się ustalić powód utraty ciąży. Pani Doktor zadzwoniła do mnie kilka dni później, późnym popołudniem z informacją, że sprawdziła moje wyniki. Poziom komórek NK (natural killers) w moim organiźmie był zdecydowanie za wysoki; wynosił 19,8% Dopuszczalna, standardowa ich ilość nie powinna przekraczać 11-12%. Komórki te odpowiadają za ochronę naszego organizmu. Celem ataku komórek NK są głównie komórki nowotworowe oraz komórki zainfekowane wirusami. W moim przypadku komórki NK uznały za wroga transferowany zarodek, ponieważ zawierał nie tylko moje DNA, ale również DNA mojego męża. Komórki “uznały” go za coś co mi zagraża i unicestwiły. Ważną informacją dla kobiet, które przeżyły utratę ciąży między 6 a 8 tygodniem, szczególnie jeśli nastąpiło to wielokrotnie, jest to aby zbadały sobie poziom tych komórek. Oczywiście jeśli nie poznały konkretnego powodu utraty ciąż. Dla zainteresowanych zamieszczam link do artykułu o Teresie Edgeler.

Dzięki Pani Doktor tego dnia, a dokładnie 1,5h później byłam pod gabinetem endokrynologa – dr Hanny Suchanek w Gdańskiej Invikcie (miałam do niej 15 min. samochodem). Przepisano mi natychmiast sterydy – encorton. To niesamowite na ile dolegliwości pomaga ten lek. Czytając ulotkę byłam w szoku; uznałam że jest dobry na wszystko. Co ciekawe, z tego co pamiętam Pani Endokrynolog stwierdziła, że encorton nie działa konkretnie na zmniejszenie komórek NK, jest to efekt uboczny jego działania. Najważniejsze, że zadziałał. Po przyjmowaniu tabletek przez miesiąc ponownie zrobiłam badania. Po miesiącu przyjmowania ich poziom zmniejszył się i wynosił już 10,9% Byłam gotowa rozpocząć kolejny proces IVF.

To było drugie pełnopłatne podejście. Niestety z tak niskim AMH nie mogłam ubiegać się o program rządowy. Po pół roku ponownie zrobiłam badanie, ponieważ niski poziom AMH może być przejściowy – w styczniu wynosił już 1,30 ng/ml. Dzięki wartości powyżej 0,7 ng/ml mogłam zakupić leki do stymulacji z refundacją i zamiast 3500 zł zapłaciłam ok 600 zł. To jedna z niewielu pomocy od “państwa”, na którą sie załapałam. Drugą była refundacja na przyjmowane przeze mnie zastrzyki w brzuch – ampułkostrzykawki clexane o stężeniu 0,6. Pudełko 10 ampułkostrzykawek z refundacją kosztowało 3,20 zł, a bez 160 zł… Z clexanem historia była również bardzo ciekawa. Te zastrzyki w większości zakupowane są w Polsce i sprzedawane drożej w Niemczech. Zatem bardzo trudno je dostać w polskich aptekach. Obdzwaniałam większe apteki w Trójmieście, aby znaleźć potrzebne opakowania. Mąż jechał niezwłocznie je odebrać. Muszę tu zaznaczyć, że zastrzyki głównie udawało mi się dostać w rozsypanych po całym Trójmieście aptekach Pharmacy Pharm. Potem w zaprzyjaźnionej aptece zamawiano nam konkretną ilość, ale niestety Panie nigdy nie mogły zagwarantować, że uda się im ściągnąć odpowiednią ilość ampułkostrzykawek. Przeważnie im się udawało, za co kilka razy dostały od nas tulipany. Taka historia.kwiatpomaranczy.com7

Nie ukrywam, że starania kosztowały nas bardzo dużo, to kilka pamiątkowych paragonów z drugiego podejścia IVF (może 1/4 wszystkich).

Pod koniec lutego 2015 zaczęłam stymulację hormonalną przed pobraniem komórek jajowych. Zastrzyki robiłam sobie nawet na zjeździe firmowym, co było problematyczne, bo oczywiście nie miałam przenośnej lodówki do leków, a przydałaby się.

Pamiętam, że w tamtym okresie policzyłam zażywane przeze mnie leki. W czasie jednej doby musiałam przyjąć dokładnie 42 tabletki (zarówno doustnie jak i dopochwowo) i 3 zastrzyki w brzuch (menopur, clexane i gonapeptyl).kwiatpomaranczy.com3

Takie zdjęcia znalazłam z tamtego okresu, jednak były okresy, że przyjmowanych leków było więcej.

kwiatpomaranczy.com14

Tak wyglądał mój brzuch podczas starań. Zwykle był bardziej posiniaczony; miałam często problem z wbiciem się w skórę.

6.03.2015 przyjechałam do kliniki na pick-up, pobrano mi 7 komórek jajowych, z czego 1 była nieprawidłowa, a druga niedojrzała. Zostało 5, niestety to dość skromna ilość. Kilka dni po zabiegu zadzwoniłam do labolatorium, aby dowiedzieć się, jak się dzielą moje zarodki i ile udało się zapłodnić. Dowiedziałam się, że zapłodniła się tylko jedna komórka. Przeczuwałam najgorsze. Jakim cudem jedna zapłodniona komórka miałaby przetrwać 5 dni i dojrzeć do etapu blastocysty i transferu? To już wydawało mi się małorealne. Podsumowując pierwszy proces in vitro: pobrano mi 8 komórek, zapłodniło się 7 z nich i do etapu blastocysty przetrwały zaledwie 3 zarodki. Teraz mając jedynie 1 zarodek, opcja na to, aby dotrwał do transferu wynosiła może z 40%kwiatpomaranczy.com8

To fragment dokumentu z Invicty, który otrzymałam przed transferem. Ukazuje drogę pobranych komórek od zapłodnienia do ET  (embriotransfer). Jak widać przetrwał tylko jeden zarodek.

Doczekałam do środy, to był 11.03.2015. Nikt nie dzwonił z kliniki co oznaczało, że zarodek nie obumarł i transfer się odbędzie.kwiatpomaranczy.com10

Mój mąż w tym czasie poleciał do pracy do Singapuru na kilka dni, więc na transfer pojechałam taksówką i tak też wróciłam. Nie mogłam pojechać naszym samochodem, ponieważ rano zażyłam relanium, które powoduje iż ma się spowolnione reakcje, jest się spokojnym i zrelaksowanym. Transfer przebiegł bez większych stresów; po paru godzinach byłam w domu.

Oczekując na informację nie stresowałam się. Uznałam, że zrobiłam wszystko co mogłam, reszta nie jest już zależna ode mnie. Nie chciałam się nakręcać na ciążę, ponieważ rozczarowanie wówczas boli bardziej. Wie to każda kobieta, która przeżyła transfery i nadal nie była w ciąży. Moje szanse nie były duże; wcześniejsze poronienie, bardzo słabe komórki, jeden zarodek i cienkie endometrium…

I tak zaledwie 6 dni później 17.03.2015 roku zadzwoniła Pani Doktor. Zdziwiłam się, ponieważ na stronie nadal nie było wyników – i wtedy stało się; usłyszałam, że jestem w ciąży.

Ja. W ciąży.

Moja reakcja to oczywiście szok, ale i radość połączona z niedowierzaniem. Jak to? Jeden zarodek, jeden transfer i jeszcze doszło do zagnieżdżenia? Jak to możliwe? Po kilkunastu sekundach radości wyprostowałam się i upomniałam sama siebie, aby się tak bardzo nie cieszyć. Jedną ciąże już straciłam, dlaczego w tej miałoby być inaczej. Co kilka dni robiliśmy kolejne weryfikacje. Odczytywanie wyników było dla mnie bardzo stresujące; wręcz traumatyczne. Cała drżałam i nic poza stroną online Invicty wówczas dla mnie nie istniało. Wskaźnik Beta_HCG nadal rósł; w końcu przeszło mi przez myśl, że może tym razem faktycznie się uda…

– ciąg dalszy nastąpi –

tłusta kaczka w gdyni – kolacja z okazji szóstej rocznicy ślubu

Kochani,

Postanowiliśmy dziś wybrać się na uroczystą kolację z okazji szóstej rocznicy ślubu. Z kolacji zrobił się obiad. Ostatnimi czasy – 28 tydzień ciąży – niestety przesypiam może z 1/3 nocy, o wielokrotnych wizytach w łazience nawet nie chce wspominać; stąd decyzja, aby jednak wybrać się o wcześniejszej porze. Nie chciałam zasnąć w jej trakcie dla dobra wszystkich :Pphoto 1

To była nasza pierwsza kolacja rocznicowa, podczas której zarówno ja, jak i mój mąż zrezygnowaliśmy z alkoholu. Oczywiście proponowałam Krzysiowi, że chętnie poprowadzę w drodze powrotnej, jednak mój mąż postanowił dotrzymać mi „bezalkoholowo” towarzystwa :)

Na kolację ubrałam szpilki, a że przez ostatnie sześć miesięcy ciąży ze szpilek zrezygnowałam w 100% jakież było moje zaskoczenie, gdy żadne już na mnie nie pasowały! Na szczęście znalazła się jedna para, która pasowała „na styk”. Oczywiście ubrałam je przed wejściem do restauracji, a zdjęłam zaraz po wyjściu z niej – taka jestem cwana :Dphoto 4-5Zdecydowaliśmy się odwiedzić cudowną restaurację w Gdyni –Tłustą Kaczkę, wiele o niej słyszeliśmy, zarówno od znajomych jak i z wszelakich relacji w Internecie – zawsze pozytywnych, nawet bardzo. Mieliśmy szczęście być obsługiwani przez przesympatycznego Pana Kelnera – jakość jego obsługi była na najwyższym poziomie, czego nie można powiedzieć o osobach pracujących w innych restauracjach. Dobry kelner to prawdziwa wizytówka restauracji, świadcząca o jej jakości – bez dwóch zdań.

Zdecydowałam się zamówić kaczkę :) Moje danie opiszę pod zdjęciem. Mój najkochańszy mąż zdecydował się na rybę. Niestety nie pamiętam dokładnie wszystkich cudownych składników w poniższych daniach, a raczej pięknych ich nazw z menu, ale postaram się nic nie pominąć.

Po złożeniu zamówienia mogliśmy skosztować kilku fantastycznych „czekadełek” z pieczonym na miejscu chlebkiem. Nie muszę mówić, że wszystko było pyszne. Do wyboru były marynowane buraki, marchewka, czerwona i biała cebulka, ogóreczki i smalec :) A i oczywiście przepyszny pasztet pokrojony w kwadraciki. 
photo 5photo 2-1photo 1-2 photo 3-1Na przystawkę zamówiłam zupę krem z zielonego groszku z pulpecikami rybnymi, grzaneczkami i prawdziwy świeżym groszkiem, który dodawał zupie tzw. „kropkę nad i” lub był „wisienką na torcie”. Zupa podana była w osobnym naczynku.photo 1-3photo 2-3photo 3-3Oto efekt końcowy – nadal kulinarne dzieło sztuki :)
photo 4-3Krzyś zamówił grasicę z kurkami i boskim sosem – dzisiejsza przystawka spoza karty.photo 2-2photo 3-2Moim genialnym daniem głównym była oczywiście kaczka z pieczonymi ziemniaczkami, buraczkami z żurawinką :) Kaczka 12h gotowała się metodą sous-vide, a potem była pieczona. Moi drodzy niebo w gębie – po prostu nic dodać, nic ująć.photo 1-4 photo 2-4 photo 4-4Krzyś zdecydował się na rybę (starałam się ale niestety nie pamiętam nazwy, gdyż to danie również było spoza karty). photo 2-5 photo 3-4Śmieszna była nasza rozmowa. Krzyś jedząc zielone warzywo z swojego dania powiedział, że bardzo smakuje mu por, ja na to widząc co je uznałam, że to raczej rabarbar. A po spróbowaniu okazało się, że to seler naciowy :Dphoto 4-4Było wspaniale, mega smacznie, miło, sympatycznie :) Wspaniałe miejsce na rocznicę i nie tylko :)

Do następnego :*

szósta rocznica ślubu

Kochani,

Dokłanie 6 lat temu przeżyłam wspaniały dzień, mój mąż mam nadzieję także :P Nasz ślub był cudowny, zorganizowany w 100% przez nas samych, co dało nam niemałą satysfakcję. Dziś niestety nie świętujemy razem, gdyż mój kochany mąż znajduje się tysiące kilometrów ode mnie – taka praca.

Co pamiętam najbardziej z tego dnia?

  1. Wymarzyłam sobie konkretną suknię ślubną, jednak przez to, iż wesele opłacaliśmy sami racjonalnie uznałam, że „nigdy nie będę jej miała – koszt 3500 zł” – nic bardziej mylnego, wystarczyło uczcić spotkanie z przyjaciółką kilkoma kieliszkami tekilii i „pod wpływem” pokazać jej w Internecie wymarzoną suknię. Jako pierwsza w google pokazała się aukcja allegro. Uznałam, że będą tam zdjęcia. Weszłam i ją zobaczyłam: kolor ecru, rozmiar 36, miejsce odbioru i przymiarki Koszalin i koszt 1600 zł !!! Możecie się domyślić, że dzięki tekilii moje marzenie o najpiękniejszej sukni się spełniło :):):)
  2. Miesiąc przed ślubem, przy okazji próbnego makijażu i próbnej fryzury postanowiliśmy zorganizować sesję ślubną na wydmach w Smołdzinie – na tyle wcześnie, aby w razie potrzeby wyprać suknię przed ślubem. Zdjęcia robił nam m. in. kolega Krzysia, którego kilka dni później poznałam z moją przyjaciółką (tą od sukni ślubnej) – obecnie są małżeństwem i mają śliczną córeczkę Paulinkę :)
  3. Skoro o parach i dzieciach mowa to podczas nocy naszego wesela nasi znajomi spłodzili synka, o czym poinformowali nas kilka tygodni później :) Franek to super chłopak.
  4. Pamiętam też jak mój mąż w dniu ślubi spóźnił się ok 40 minut na „błogosławieństwo”. Nie odbierał telefonu i  prawie doprowadził mnie tym do zawału serca. Co się okazało? Wyszedł z domu w pogniecionej koszuli. Gdy jego wujek to zauważył powiedział, że nie pozwoli mu tak wyglądać w dniu ślubu. Wrócili do domu, aby wszystko wyprasować. Gdy w końcu dojechał byłam taka zła, że podszedł do mnie i klęcząc pocałował w rękę :D To tak na przeprosiny. Wybuchnęłam śmiechem, bo co miałam zrobić? :P
  5. Już w Kościele przysięgi mojego męża nie było słychać, bo Krzyś tak się wzruszył powtarzając ją, że głos wręcz ugrzązł mu w gardle.
  6. Moja starsza siostra była najgorszą świadkową, gdyż… za dobrze się bawiła na moim weselu. Winą za to obarczam górali, którzy uczyli moich gości swoich niecnych technik picia wódki :P
  7. Uczyliśmy się „pierwszego tańca” z profesjonalnym tancerzem. Na koniec pokazu Krzyś miał mnie podnieść, niestety przez ciężar sukni nie był w stanie tego zrobić, wiec obiecaliśmy gościom, że po północy, gdy przebiorę się w lżejszą kreację powtórzymy taniec – efekt podnoszenia widzicie na przedostatnim zdjęciu :)

A tu kilka zdjęć z tego cudownego wydarzenia :)1936096_1220343315871_4545783_n1936096_1220172311596_4888883_n1936096_1220343355872_7190820_n1936096_1220198672255_3673424_n1936096_1220342955862_99495_nDSC_0114 DSC_0113 DSC_0112 DSC_0108 DSC_0107DSC_0140 Obraz 1226_resize IMG_4635 DSC_0379 IMG_2896 IMG_286831 DSC_0457 Do następnego :*